wtorek, 10 listopada 2015

Il vento



                Miękkość ust i głębia oczu.
                Taniec naszych ciał i pieśń naszych dusz.
                Ten jeden wieczór, jeden magiczny, przepełniony zaskakującą tajemnicą wieczór, był wart tysięcy innych – załzawionych i zapomnianych.
                Przytłumione przez mgłę światło okolicznych latarni, pusta droga, kilka suchych, prawie bezlistnych, drzew. Ty i ja.
                Nic więcej.
                Natura nam sprzyjała, postarała się o bardzo intymną atmosferę. Szelest ostatnich liści opadających na wilgotną ziemię kamuflował nasze szepty. Cienie drzew chowały między sobą cienie naszych rąk, splecionych ze sobą jak gałęzie bluszczu. Zapach mokrej od deszczu trawy koił, ale jednocześnie wzmagał uczucie dziwnej mistyki całej sytuacji.
                Byliśmy częścią zaczarowanego lasu w betonowej dżungli nadmorskiego miasta. Czuliśmy się niewidoczni dla przechodniów, którzy i tak nie mieli zamiaru zwracać na nas uwagi.
                Nie było muzyki, sami ją tworzyliśmy. Komponowaliśmy nasze oddechy, często przyspieszone, często przerywane krótkimi, wyszeptywanymi pospiesznie zdaniami lub szybko urywanym śmiechem, łączyliśmy je krótkimi pocałunkami z dźwiękiem nieregularnie stawianych kroków i  ̶
                Uciekaliśmy przed światem. Mieliśmy schować się gdzieś pomiędzy nagimi drzewami, ich bezlistnymi gałęziami. Nasze płytkie oddechy wtórowały wiatrowi.
                Dosięgało nas światło pobliskich latarni. Nie mogliśmy w żaden sposób przed nim uciec, ale z czasem dostrzegłam jego zalety. Każde światło przedstawiało go w inny sposób. Każdy z nas w każdym świetle wygląda inaczej. Bo każde światło jest inne. Nasze ciała się do niego dostrajają. Sprawiają wrażenie, jakby ulegały zmianom. Każde nowe światło pozwalało mi lepiej go poznać.
                Obserwowałam wtedy, jak chłodne światło ulicznych latarni rzeźbiło jego twarz. Odbierało mu miękkość. Kości policzkowe i nos zdawały się być wyciosane z twardego kamienia. Cały jego wizerunek w tym świetle wydawał się oziębły i odległy – jakby był jedną z wielu gwiazd pośród cieni drzew, odgrywających rolę nocnego nieba.
                Wyglądał idealnie w każdym świetle, choć każde światło czyniło go innym. Najpiękniej wyglądał jednak, kiedy cała jego twarz promieniała, kiedy się uśmiechał. Uśmiech był innym źródłem światła, bo działał od wewnątrz. Był bardziej prawdziwy, bo działał od środka, działał na każdą komórkę organizmu i każdą rozświetlał.
                Promieniał.
                Promieniał cały, a jego oczy były wtedy tak bardzo wesołe. Jego uśmiech był małym słońcem, ale działał o wiele potężniej niż jakiekolwiek inne źródło światła.
                Uśmiech. Kto by pomyślał, że uśmiech mógł mieć aż taką moc. I aż takie ciepło.
                Kolejny podmuch wiatru, kolejny deszcz liści. Ogarniał nas coraz większy mrok, ale byłam w stanie dostrzec wzrok jego brązowych oczu skierowany w górę. Po chwili opuścił go nieco i zatrzymał gdzieś ponad czubkiem mojej głowy. Uśmiechnął się ponownie i wyciągnął rękę w moją stronę. Nie wiedziałam, o co chodziło, dopóki ostrożnym ruchem nie wyciągnął z moich włosów pojedynczego suchego liścia. Przypatrywał się mu w skupieniu przez moment, po czym pozwolił, by wzmagający się wiatr wyrwał go spomiędzy jego palców i porwał wysoko w górę. Śledził go wzrokiem jeszcze przez chwilę, do momentu, aż zniknął gdzieś w ciemności pomiędzy drzewami, a potem spojrzał na mnie.
                Kolejny uśmiech. Tym razem było w nim coś tajemniczego. Ujął moją dłoń i pociągnął w stronę, w którą przed momentem odleciał samotny liść.
    - Zatańcz ze mną.
      Zatańcz ze mną do muzyki wiatru.
                I objął mnie swoimi silnymi ramionami, iluminowanymi światłem przydrożnych latarni. I spojrzał na mnie oczami rozświetlonymi uśmiechem. I tańczyliśmy.



__________________
Napisałam z takiej otóż okazji, że ostatnio wchodząc na blogspota zauważyłam piękne i okrągłe 5000 wyświetleń, co zdecydowałam uczcić... czymś. Jak miło. Teraz czas się wytłumaczyć z tego, co napisałam.
Ostatnio bardzo przypadło mi do gustu takie pisanie, bo jest inne, trochę się wyróżnia i przypomina mi nieco styl bardziej poetycko-liryczny. Każdy zabieg jest przemyślany. Wydaje mi się, że wiem co robię, i w jakim kierunku z tym wszystkim zmierzam.
Wyszło krótko, bo stwierdziłam, że napiszę coś spontanicznego. Wyszło krótko, bo próbuję skupić się na innym projekcie, nad którym pracuję, o którym myślę poważnie i może coś z tego w przyszłości wyjść. Wyszło krótko, bo nie mam czasu, jako że większość mojego czasu przypada na wpadanie w depresję przez tragiczny wybór studiów, z którym teraz żyję. Mam nadzieję, że pomiędzy przerwami na płacz i sen znajdę jeszcze trochę czasu, bo stęskniłam się za tymi krótkimi (no, może nie aż tak krótkimi jak to) rzeczami i brakiem zobowiązań przy ich pisaniu. Polecam piosenkę na początku, wpadłam na nią przypadkiem na yt i pasowała.
Obowiązkowe pozdrowienia dla inspiracji.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Raz, dwa, trzy

                Spotkałam go raz.
                Był jednym z przechodniów, z którymi mimowolnie wymienia się spojrzenie, a potem o tym zapomina. O nim nie zapomniałam.
                Nie potrafiłam.
                Nic nie było w stanie wymazać z mojego umysłu widoku jego twarzy i brązowych oczu, które przez kilka długich sekund przeszywały mnie swoim spojrzeniem. Mimowolnie wtedy przystanęłam, nie pozwalając sobie na przerwanie tego kontaktu.
                Takie rzeczy nie zdarzają się często, a kiedy już mają miejsce, zajmują potem umysł przez cały dzień. Albo i dłużej. W moim przypadku wspomnienie mężczyzny wracało w zaskakujących momentach. Jego ciepłe oczy przypominały o sobie zdumiewająco często. Na tyle, że chociaż wcale go nie znałam, zaczynałam się zastanawiać, czy się nie zakochałam.
                Nie zakochałam się w owym mężczyźnie, tego byłam pewna. To jego oczy sprawiły, że nie zapomniałam o nim tak, jak o dziesiątkach, a może i setkach, innych mijanych w ciągu dnia ludzi. Nigdy wcześniej takich nie spotkałam i miałam nadzieję więcej takich nie zobaczyć, bo obawiałam się tego, jak wielka plątanina najróżniejszych myśli powstawała wtedy w moich myślach.
                Wiedziałam, że najprawdopodobniej miałam go więcej nie zobaczyć. Zwłaszcza, że stało się to w miejscu, w którym nie bywałam na co dzień. Był jednym z wielu mijanych i zapomnianych.
                Później przypominałam sobie o nim sporadycznie, ale działo się to coraz rzadziej, aż w końcu wydawało mi się, że kompletnie o nim zapomniałam.
                Do czasu, gdy spotkałam go po raz drugi.
                Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy brzmiało w mojej głowie. Odrętwiałam.
                W zatłoczonym wagonie metra natrafiłam na zastanawiająco znajomą parę oczu. Nie minęła sekunda, a mój organizm zorientował się, kim był właściciel brązowych oczu dużo szybciej niż przekazał mi to mój umysł.
                Stałam jak słup soli, nie potrafiłam się poruszyć, nawet nie starałam się udawać, że patrzyłam w innym kierunku. Nasze spojrzenia związały się na tyle, że nie byłam w stanie zbuntować się w jakikolwiek sposób.
                Los chciał jednak, by kontakt ten został przerwany i zrobił to w sposób niesamowicie brutalny. Nikt nie miał nic do powiedzenia, kiedy na kolejnym przystanku dziesiątki ludzi starało się przecisnąć do wyjścia, odbierając mi widok, którego, jak się okazało, bardzo mi brakowało.
Kiedy metro ruszyło dalej, zniknął.
                Jednocześnie dziękowałam wszechświatowi za ten zaskakujący zbieg okoliczności i przeklinałam za to, że znowu musiałam o nim zapominać. Skoro nic nie zdarzało się dwa razy, o trzech nie było mowy. Z drugiej natomiast strony cieniutki głosik z tyłu głowy szeptał nieśmiało, że wszystko zawsze było możliwe. Że nigdy nie należało tracić nadziei, bo jeśli coś miało się stać, to się działo.
                I tak było.
                Miałam ochotę przetrzeć oczy ze zdumienia, kiedy zauważyłam te same, bardziej mi znajome po dwóch spotkaniach, spojrzenie skierowane prosto na mnie.
                Szłam akurat przez ścisłe centrum miasta, gdy znowu go spotkałam. Tym razem jednak nic nie miało prawa nam przeszkodzić, nie mogłam i nie chciałam na to pozwolić.
                Na drżących nieco nogach podeszłam do niego, próbowałam nie dać po sobie poznać tego, jak wiele emocji powoli się we mnie gotowało i wydawało mi się, że on robił dokładnie to samo. Staliśmy w oczekiwaniu i niepewności, wpatrzeni tylko w siebie nawzajem. Przepełnieni ekscytacją.
                - Proszę nie kazać mi czekać do kolejnego spotkania – powiedział cicho.
                - Kolejne może już nie być przypadkiem – zdobyłam się na odwagę, by mu odpowiedzieć i na moment wstrzymując oddech, wręczyłam mu niewielką karteczkę ze swoim numerem telefonu. - Zadbajmy o to, by nim nie było.
               
                Szelest przewracanej kartki papieru wyrywa mnie z zamyślenia. Znajduję się w progu pokoju i patrzę prosto przed siebie.
                Mój wzrok spoczywa na nim. Siedzi na kanapie i od razu widzę, że całą uwagę poświęca czytanej przez siebie książce, jakby nie widział poza nią świata. Jego oczy ze skupieniem śledzą każdą linijkę tekstu.
                Jego oczy. Jego oczy wziąć są całkowicie inną historią. Teraz znam je na tyle dobrze, że mogę opisać je spod zamkniętych powiek. Ich ciemny brąz wydaje się być nieskończony. Nieskończony to słowo, którego używam, kiedy o nich myślę, bo taka właśnie jest ich głębia. Do tego pełne są zaskakującej wręcz mądrości. Za każdym razem, kiedy je widzę, wydają się być nieco inne niż poprzednio i to tak bardzo mnie w nich fascynuje.
                Przewraca stronę.
                Nie widzi mnie, ale to mi nie przeszkadza, a wręcz przynosi ze sobą możliwość, by znów móc się mu przyjrzeć. Mogę dostrzec najdrobniejszy jego ruch. Ruch, który zazwyczaj traktowany jest jako coś naturalnego, wywołuje we mnie podziw. Widzę, jak podnosi brew po przeczytaniu którejś linijki. Po chwili podnosi dłoń, którą następnie przeczesuje krótkie kasztanowe włosy, by chwilę później podrapać się po pokrytym zarostem policzku i brodzie.
                Książkę trzyma delikatnie, jakby z namaszczeniem, jakby był to największy skarb świata. To z książek bierze się ten wyraz pełen mądrości w jego oczach.
                Delikatne światło słońca przesłoniętego przez chmury podkreśla wyraźne kości policzkowe oraz linię nosa. Do tego tworzy delikatne cienie wąskich oprawek okularów pod jego oczami.
                Fala ciepła przebiega przez całe moje ciało, kiedy unosi wzrok i kieruje go prosto na mnie. Przypomina mi się wtedy historia naszego początku.
                Powolnym ruchem zamyka książkę i ostrożnie odkłada ją na stolik, po czym gestem zaprasza mnie do siebie. Nie potrafię być nieposłuszna tym oczom, nie potrafiłam się przeciwko nim zbuntować już na samym starcie i tak pozostało.
                Jeśli wszechświat czegoś chciał, to dążył do tego używając wszelkich metod. Czasem zdarzało się to od razu przy pierwszym podejściu, ale czasami trzeba czekać i pozwolić, by czas płynął. Co miało się stać, zawsze działo się prędzej czy później.
                Zajęłam miejsce na miękkiej poduszce sofy tuż obok niego i pozwoliłam, by nasze palce splotły się tak, jak splatały się nasze spojrzenia.




_____________________
Stwierdziłam, że to dobra data dla pisania i wstawiania wpisów o tych oczach.
Napisałam coś pierwszy raz od bardzo długiego czasu, dlatego bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo tragiczne jest to, co macie przed oczyma. Mam nadzieję, że teraz już będę mogła pisać dalej bez przeszkód i wrócić do wprawy, którą jako-tako, ale miałam. Nad tym chce mi się jedynie płakać, ale uznajmy to za bardzo kiepski początek czegoś mniej złego. 
Obiecuję, że już mam pomysł na coś mniej strasznego i nawet zaczęłam pisać, więc rada dla nas wszystkich - nie załamujmy się. Proszę.

Dodatkowa informacja - planuję zmianę nazwy bloga, bo opętani samotnością nie pasuje do wszystkiego, a właściwie nie pasuje do niczego.

wtorek, 30 czerwca 2015

Sogni d'oro III

            Noce. Noce zawsze były najgorsze. W nocy wszystko nagle cichło, kiedy cały świat kładł się do snu. Znikąd nie można było oczekiwać pomocy,nic nie chciało pomóc mi w zagłuszaniu myśli. Żadnego hałasu z ulicy. Żadnego niespodziewanego dźwięku zza ściany. Nawet wiatr cichł i nie mogłem skupić się wtedy na niczym innym oprócz swoich myśli, pojawiających się i znikających wraz z kolejnymi uderzeniami zegara.
             Zastanawiałem się już nad przeniesieniem go do innego pomieszczenia, najlepiej do kosza na śmieci ustawionego pod kuchennym zlewem, ale za bardzo bałem się, że mogłoby to tylko pogorszyć całą sytuację. Z czasem nauczyłem się dostrzegać zalety dźwięku, który wcześniej doprowadzał mnie do szału. Zauważyłem, że pośród ciszy, która zapadała w nocy, nie było nic, co mogłoby pomóc mi oderwać się od pochłaniających mnie czarnych myśli. Zegar wył wtedy, o ironio, moją jedyną nadzieją, bo kiedy ona spokojnie spała, nie miałem żadnego innego sposobu na odwrócenie swojej uwagi od czającej się w moim umyśle ciemności. W nocy go przeklinałem i nazywałem swoim nemezis, za dnia wszystko to cofałem, wręcz dziękując za to, że był moją jedyną drogą do rzeczywistości.
Siedziałem przy niewielkim, drewnianym stoliku w kuchni i patrzyłem z góry na kubek po brzegi wypełniony kawą, który chwilę wcześniej tam postawiłem. Na twarzy czułem parę, która unosiła się znad gorącego napoju. Ciepło jest przyjemnym uczuciem. Miałem wrażenie, jakby to właśnie ono sprawiało, że czułem się bardziej bezpieczny. Ciepło kawy tylko mi o tym przypominało.
Oparzyłem sobie język, a po przełknięciu także gardło. Zamrugałem kilkakrotnie, żeby powstrzymać łzy, które napłynęły mi do oczu. Od kilku tygodni był to mój codzienny rytuał. Wstawałem i myślałem tylko o tym, żeby podnieść się na nogi kawą. Chyba nawet nie chodziło mi o samą kofeinę, chociaż ona też odrobinę pomagała, a o jej temperaturę. Po oparzeniu się od wewnątrz nie było mowy o spaniu, a tego właśnie potrzebowałem każdego ranka. Każdego kolejnego ranka potrzebowałem tego coraz bardziej.
Nie spałem. Brzmiało to absurdalnie, bo byłem zmęczony i to bardzo. Wykończony. To jednak nie przeszkadzało mojemu organizmowi w niespaniu. Coraz rzadziej, ale zdarzały się i lepsze noce, które przesypiałem w całości, ale jest było zdecydowanie mniej niż tych, kiedy co chwilę zrywałem się z łóżka lub zasypiałem dopiero tuż przed wschodem słońca. Potrzebowałem czegoś, żeby móc funkcjonować po takich nocach. Wybrałem kawę.
                Wydawało mi się, że oszalałem. Nie pamiętałem, dlaczego to wszystko się zaczęło. Nie wiedziałem, co mogło to wszystko spowodować. Czułem się uszkodzony, złamany. Jakbym był maszyną, wadliwym towarem wyprodukowanym gdzieś przez kogoś i wypuszczonym bez przeprowadzenia kontroli, bo nikogo ona nie obchodziła. Byłem zepsuty. Złamany. Ona także ujmowała to w ten sposób, ale dodawała, że w końcu każde złamanie się zrasta i nie musiałem się o nic martwić, ale przecież to nie było takie proste. Martwiłem się. Martwiłem się nie o siebie, ale o nią właśnie.
- Spójrz na mnie – mówiła zawsze, kiedy spotykała mnie w takich momentach, jak ten.
- Nie.
- Spójrz na mnie – powtarzała, a wtedy nie mogłem jej odmówić i podnosiłem wzrok. Widziałem jej oczy, zawsze najpierw to one przyciągały moją uwagę. Były takie inne niż wszystkie oczy, jakie widziałem. Na początku nie można do końca określić, jaki miały kolor, to takie intrygujące, jednak z każdą kolejną sekundą utwierdzałem się w przekonaniu, że były zielone. Zieleń jest kolorem nadziei, a ona była moją nadzieją, więc wszystko się zgadzało. Wszystko miało sens.
Wszystko w świecie miało sens, poza tym, co działo się w mojej głowie.
Nie spałem. Sam fakt, że pomimo potwornego zmęczenia, które narastało każdego kolejnego wieczoru, nie potrafiłem zasnąć z taką łatwością, z jaką powinienem, nie miał sensu. Sam fakt, że nie potrafiłem jednoznacznie wskazać momentu, z którym to wszystko się zaczęło, nie miał sensu. I wreszcie, sam fakt, że nawet nie byłem w stanie nazwać przyczyny swoich problemów, nie miał jakiegokolwiek sensu.
- Podobno jesteśmy w stanie odróżnić sen od rzeczywistości właśnie po tym, że brak w nim logiki. Znajdujemy się wówczas nagle w jakimś miejscu, które wydaje nam się całkowicie oczywistym i naturalnym miejscem, w którym powinniśmy przebywać i nawet nie kwestionujemy przyczyny naszego pojawienia się tam – powiedziałem cicho, kiedy i tamtego ranka pojawiła się w progu kuchni. – Nie kwestionujemy przyczyny i nie mamy pojęcia, ani jak tam się znaleźliśmy, ani kiedy się tam znaleźliśmy.
              Widziałem, że nawet się nie poruszyła. Stała tam, w tym samym miejscu, i przypatrywała mi się bardzo uważnie. Nie odezwała się, bo chociaż otworzyła usta, nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
              - Co, jeśli to jest snem? Wszystko zaczęłoby do siebie pasować, gdyby to był tylko sen. Ten kompletny bezsens mógłby być zrozumiany i zaakceptowany. – Spojrzałem prosto na nią, kiedy poczułem przebiegającą po moich plecach falę strachu. – Tylko dlaczego cały czas nie mogę się obudzić? Muszę coś zrobić, muszę się obudzić. Nie wytrzymam dłużej. – Ciemność pojawiająca się w moim umyśle wraz z nadejściem nocy, nie zniknęła po wschodzie słońca. Czaiła się w środku mnie i właśnie przejmowała nade mną kontrolę. Musiałem przed nią uciec, musiałem doprowadzić do przebudzenia. Wstałem na równe nogi, trącając przy tym kubek z kawą, która rozlała się, parząc mnie tym razem także od zewnątrz. Syknąłem cicho. Ból przyniósł nagłe otrzeźwienie, które zostało tylko spotęgowane pełnym przerażenia spojrzeniem, jakie padło z jej strony. Nie chciała, żeby tak wyszło i widziałem, jak bardzo starała się zachować jak najbardziej naturalny wyraz twarzy, ale nie potrafiła. Tego dnia za bardzo ją wystraszyłem.
              Wszystkiemu była winna ta pełna tajemniczości ciemność, którą nazwałem ciemnością, bo sprawiała, że przestawałem widzieć. Nie traciłem wzroku, ale przestawałem widzieć i nigdy jeszcze nie doświadczyłem czegoś tak strasznego.
              Szybkie pożegnanie w tamtym momencie wystarczyło, i ona, i ja potrzebowaliśmy odetchnąć. Ona – ode mnie, a ja od ciemności. Łudziłem się, że opuszczenie domu, wzięcie kilku głębokich wdechów na świeżym powietrzu i odpalenie auta, by po chwili jechać spokojną szosą w stronę miejsca pracy mi pomoże, ale tak nie było. Ukojenie miał przynieść widok szarego nieba, mijanych przy drodze drzew i schowanych za nimi pól, ale tak nie było. Wszędzie widziałem ową tajemniczą ciemność, dzień był jej niestraszny. W każdym świetle zawsze czaiła się ciemność.
              Nie myślałem wiele o swojej pracy, a może powinienem zacząć to robić. Gdybym skupił się na tym, jakie zadania czekały mnie tamtego dnia, może udałoby mi się uciec od czarnych myśli, które kłębiły się gdzieś w tle mojej świadomości.
              Kompletnie zaskoczył mnie tłum ludzi zaraz po tym, jak pola i drzewa nagle zostały zastąpione przez asfalt i beton, kiedy wjechałem do centrum miasta. Przywołałem się do porządku i staranie wytłumaczyłem sobie, dlaczego tak było. Skoro ja jechałem do pracy, inni też musieli to robić. Byliśmy w mieście, a w mieście spotyka się ludzi nawet wtedy, kiedy się nie ma na to ochoty. Działo się ze mną coraz gorzej, bo sam do siebie mówiłem jak do idioty.
              To właśnie jednego z tych zwykłych, szarych dni, kiedy automatycznie podążałem za dziesiątkami innych kierowców przecinającymi się ulicami, by dotrzeć do miejsca, które wcale mnie nie interesowało, a w którym musiałem stawiać się pięć razy w tygodniu, po raz pierwszy w mojej głowie pojawiła się ta myśl. Jedna myśl, której źródła nie potrafiłem nazwać, więc przypisałem ją samemu sobie. To właśnie jednego z tych zwykłych, szarych dni zacząłem myśleć inaczej.
              Może ciemność była zbyt wielka, może jej wielkość była na tyle ogromna, że nie mogłem pokonać jej najzwyczajniej w świecie skupiając się na czymś innym. Może ta ciemność pojawiła się właśnie w tamtym momencie, by przerwać rutynę mojego życia, póki jeszcze było to możliwe i bardzo niezauważalnym ruchem pokazać mi, że mogłem żyć inaczej. Zasiała we mnie wątpliwości. Wątpliwości były bardzo mądrym rozwiązaniem wcielanym przez ciemność w moje życie. Przestałem wierzyć w to, że mogę jeszcze żyć szczęśliwie, zacząłem wątpić w samego siebie.
              Ostro zahamowałem, kiedy nagle zapaliło się czerwone światło.
              To czerwone światło też dało mi do myślenia. Przestawałem myśleć o ciemności w ten sam sposób, w który myślałem o niej wcześniej tak, jak było to z zegarem. Nadal jednak nie wiedziałem, czy została ona na mnie sprowadzona po to, żeby mi pomóc, czy po to, żeby mnie zniszczyć.
               Ten zwykły, szary poranek był także momentem pojawienia się w mojej głowie jeszcze jednej myśli, która również sprawiła, że zacząłem na świat patrzeć inaczej. Ruszyłem, by spokojnie opuścić skrzyżowanie i, jak zawsze w tamtym miejscu, skręciłem w prawo. Co stałoby się, gdybym tego nie zrobił?
                Byłem dorosły. Nikt mnie nie nadzorował, nikt w tym konkretnym momencie mnie nie pilnował. Siedziałem w samochodzie sam. Tylko ja i moje myśli. To ja trzymałem kierownicę i to ja naciskałem odpowiednie pedały, to ja kontrolowałem pojazd i to ja powinienem kontrolować swoje życie. Co by było, gdybym w tamtym jednym miejscu skręcił w lewo i po prostu odjechał? Przecież mógłbym zacząć nowe życie. Każdy z ludzi mijanych przeze mnie tamtego dnia mógł zrobić to samo. Wszyscy mogliby nagle zdecydować o zmianie swojego życia, ale nikt tego nie robił. Zastanawiało mnie, czy chociaż jeden z nich kiedykolwiek wpadł na taki pomysł. Całkowicie się odizolować, znaleźć sobie nowe miejsce i spróbować od nowa, a jeśli tam by się nie udało, to zawsze były inne miejsca, tysiące tysięcy innych miejsc, w których można było próbować od nowa.
                Świat stawiał przed każdym człowiekiem tak wiele możliwości, a ten trzymał się kurczowo szarości, do której tak bardzo się przyzwyczaił i ani myślał, by ją puścić. Wydawało mi się, że każdy ignorował cichuteńki głosik w głowie, który podpowiadał, przypominając o tym, że zawsze można spróbować czegoś nowego, ale chyba się myliłem. Zaczynałem utwierdzać się w przekonaniu, że ludzie nie ignorowali żadnego głosiku, bo już dawno przestali go w ogóle słyszeć. Żyli swoim życiem, a każdą nagłą zmianę w nie wprowadzaną nazywali czymś złym i nieodpowiednim.
                O tyle łatwiej było nazwać coś złym i nieodpowiednim i poddać się szarości, niż posłuchać bardziej wyrazistej czerni ciemności, włożyć trochę wysiłku i coś zmienić.
                Ludzie twierdzili, że skoro coś było, to tak po prostu być musiało. Przestali dopuszczać do siebie myśl o tym, że byli w stanie to zmienić, bo tak było wygodniej. Nonkonformizm wyszedł z mody, bo żyliśmy w czasach, w których wygoda i prostota stawała się najważniejsza. Nie chciano myśleć o zmianach, które miały być niewygodne, nawet kiedy  były takie tylko na początku. Ludzie przestali troszczyć się o siebie jako o jednostkę, masowo podążali rutynowym szlakiem kiedyś przez kogoś wyznaczonym i nie zastanawiali się nad głębszym sensem niczego, co po drodze mijali.
                Gdyby choć kilku odwróciło na chwilę wzrok od miejsca, w którym utkwione były spojrzenia milionów, gdyby chociaż kilku zeszło z głównego nurtu, gdyby choć kilku spróbowało, może pociągnęliby za sobą resztę. Może znowu cenionoby indywidualizm, może jednostka znów mogłaby zaistnieć nie tylko dla wszystkich, ale też dla siebie, nie w znaczeniu egoistycznym, ale zmieniającym spojrzenie innych na świat. Miałoby być zmianą siebie po to, żeby pokazać zmiany innym. Żeby zmienili się wszyscy, ale żeby każdy zrobił to indywidualnie. W pierwszej kolejności dla zmiany swojego życia, na dłuższą metę także dla innych.
                Ten zwykły, szary poranek był innym szarym porankiem niż wszystkie poprzednie, bo po raz pierwszy w mojej głowie pojawiły się wszystkie te rozważania i te rozważania dały początek innym, które z kolei pociągnęły mnie w stronę, w którą nigdy nie zamierzałem pójść.



_____________
Tak to się kończy, kiedy w połowie pisania opowiadania najdzie mnie na przemyślenia o życiu.
Prawdę mówiąc, tak miało zaczynać się coś dłuższego, co w przyszłości mogłoby pójść do wydania, ale nie za bardzo jestem przekonana jak to rozwinąć w coś aż tak obszernego, więc na razie wychodzi na to, że jest to część trzecia po pierwszej i drugiej. Może kiedyś coś z tego wyjdzie, albo też może kiedyś wpadnę na lepszy pomysł. Póki co jest jak jest. 
A jak jest?

wtorek, 23 czerwca 2015

Źródło światła




            Dłoń w dłoń, twarz przy twarzy, palące słońce, a pod nami kłujące źdźbła wyschniętej trawy.
            Oddech. Słyszę oddech.
            Ciepło. Czuję ciepło.
            Otwieram oczy. Otwieram oczy i widzę.
            Uśmiecha się i nie mogę myśleć o niczym innym. Cała jego twarz przez ten krótki moment promienieje, widzę delikatnie zmarszczoną skórę wokół jego brązowych oczu. Jego brązowe oczy także się do mnie uśmiechają, a ja całą sobą pragnę być przyczyną tego uśmiechu.
            Po chwili jednak uśmiech powoli przygasa, jakby był zaledwie pojedynczym promieniem słońca, któremu udało się przedrzeć przez ciężką zasłonę ciemnych chmur. Znika całkiem, jakby go nigdy nie było. W jego oczach widzę głęboką ciemność nieba tuż przed wielką nawałnicą. Ciemność jego oczu szepcze do mnie, bym rozpaliła w niej ogień. Boję się. Boję się coraz bardziej, bo albo przegnam tę ciemność na zawsze, albo uda mi się przyćmić ją tylko na chwilę. Nie wiem, czy którekolwiek z rozwiązań wpłynęłoby na niego dobrze i od kiedy to ciemność sama chce być rozpalana, zaczynam wątpić w swoje dobre intencje.
            Próbuję coś powiedzieć. Staram się ze wszystkich sił, ale dławię się słowami, które chcę wypowiedzieć. Przełykam je więc, nie daję rady pokonać ciszy.
            Wiem, że na mnie patrzy. Wiem, że czeka aż znów uniosę wzrok i w końcu to robię. Czasem ciemność jego oczu dominuje w nich na tyle, że boję się zrobić cokolwiek, by go nie złamać. Czasem jednak przychodzą dni niespodziewanie piękne, kiedy brąz jego oczu płonie, a ja robię wszystko, by ten ogień podtrzymać.
            Nie jestem pewna, który z tych dni akurat mamy.
            Mogę tylko mieć nadzieję, że niedługo okaże się, że właśnie jeden z tych lepszych. Dlatego jego uśmiech, każdy jego uśmiech, tak bardzo mnie cieszy. Dlatego też każdy uśmiech, który znika, tak bardzo mnie niepokoi. Dlatego tak bardzo pragnę być przyczyną jego uśmiechu. Dlatego tak bardzo boję się ciemności.
            Wszystko wydaje się łatwe, kiedy jest bez sensu. Przezwyciężenie strachu przed ciemnością i walka z nią staje się nagle łatwa, kiedy myślę, że owa ciemność jest abstrakcją, która nie ma sensu, tym samym nie mając prawa do istnienia. Jeśli nie może istnieć, nie może też być niepokonana. Zyskuję wtedy siłę do walki i staram się pomóc mu w zmaganiach z nią. Próbuję być źródłem jego światła, próbuję być tą jedną małą iskierką, która może sprawić, że wszystko wokół staje w płomieniach.
            Kocham go. Kocham go, ale miłość to za mało. Miłość nie zwycięża wszystkiego, w tym przypadku także nie wystarcza. Nie wystarcza, ale pomaga.
            Łatwo jest kochać kogoś szczęśliwego. Dużo ciężej jest kochać ciemność.
            Miłość nie jest uczuciem. Uczucia zbyt szybko się zmieniają. Miłość jest stałą. Miłość jest tym, co zapiera dech w piersiach – z radości lub z żalu.
            Kocham jego całego, chociaż nie jest całością. Jest w kawałkach. Kocham każdy jego złamany kawałek tak bardzo, mając nadzieję, że tym sposobem złożę go w całość. Mam nadzieję, że zdążę przed ciemnością, zanim ta po cichu zabierze kilka z tych kawałków, uniemożliwiając mu powrót do jedności.
            Czuję nagłe ukłucie w sercu, kiedy zdaję sobie sprawę z rosnących we mnie wątpliwości.
            Może jasność nie jest mu już pisana, może nie jego są płomienie. Może jego jest ciemność. Może źle robię walcząc z nią.
            Zapach trawy w coraz bardziej intensywnych promieniach słońca dociera do moich nozdrzy. Wyrywa mnie z zamyślenia. Zmusza do ponownego spojrzenia w jego stronę. W stronę jego oczu i czającej się w nich ciemności.
            Zaczynam zauważać piękno ciemności. Nieskończenie czarne jest niebo nocą, ale przecież ten mrok pozwala zobaczyć gwiazdy. Sztuczne światło na Ziemi zabiera widoki na Drogę Mleczną tak jak sztuczna radość zabiera mi widok na te prawdziwe iskierki w mroku jego oczu. Jego szczere szczęście jest najpiękniejszym widokiem, jaki mogę sobie wymarzyć. Kiedy próbuję sprawić, by zabłysły te sztuczne światełka w jego oczach, tak naprawdę przyczyniam się do przyćmienia tych prawdziwych.
            Zaczynam się gubić.
            Ciemność sprowadza i na mnie plątaninę myśli, nawet nie jestem pewna, czy są do końca moje. Nie mogę się jej poddać, przecież muszę być silna. Muszę pozostać silna dla niego.
            Miłość polega na inspirowaniu siebie nawzajem. Nie chodzi tylko o inspirację, jakiej doświadczają artyści w procesie twórczym, choć miłość przez wieki była jej wielką częścią. Miłość inspiruje zwłaszcza do małych rzeczy. Miłość inspiruje do życia.
            Nie mogę się poddać, muszę pozostać przy nim, bo moim zadaniem jest nieustannie inspirować go do pozostania przy życiu. Do walki z ciemnością, która teraz zdaje się mieć nad nim przewagę. Nie pozwalam na to, buntuję się. Cała drżę. Drżą też moje dłonie gdy wyciągam je przed siebie, by bardzo ostrożnym ruchem dotknąć skóry jego twarzy. Obchodzę się z nim jak z najdroższym dziełem sztuki, bo tym właśnie dla mnie jest. Najdroższym dziełem sztuki tak bardzo kruchym, tak bardzo ulotnym, tak bardzo narażonym na całkowitą destrukcję.
            Jego destrukcja oznacza także moją destrukcję, ale to nie dlatego tak bardzo o niego walczę. Przecież nie chodzi o mnie. W miłości przecież nie ma ja. Jesteśmy my. Żebyśmy byli, musimy być oboje, bo kiedy nie ma jednego, nie ma nas w ogóle.
            Żadne z nas nic nie mówi, ale nie panuje cisza. Wśród melodii otoczenia trwa nieustanna rozmowa, bo ludzie, którzy się rozumieją, nie potrzebują żadnych słów.
            Wcześniejsza ciemność jego oczu przypominająca niebo przed burzą zapowiadała szkwał, który teraz ma miejsce. Nie na darmo to oczy są nazywane zwierciadłami dusz, widzę w nich dokładnie każdą wątpliwość zasiewaną przed ciemność i każdą jego próbę walki. Brąz jego tęczówek jest wzburzony. Wydaje mi się, że tworzy fale, ale porusza się zadziwiająco powoli. Sztorm jego oczu jest wbrew wszystkiemu niezwykle spokojny, uśpiony, jednak coś nadal każe mi nazywać go sztormem. Może to ta ciemność, niepokojąca, przerażająca czerń chowająca się za brązem sprawia, że każdy pogodny dzień staje się przygnębiającym.
            Mimo ciemności, zawsze zachowuję w sobie iskierkę optymizmu, pojedynczą iskrę nadziei, która za każdym razem rozpala się wraz z nim. I płonie, dając mi ciepło, które rozgrzewa serce, a którym dzielę się później z nim, próbując mu pomóc.
            Dzielę się swoim ciepłem obejmując jego pobladłą twarz swoimi drżącymi dłońmi. Jego kłujący zarost jest jedynym bodźcem oprócz brązu jego oczu, który przypomina mi o tym, że żyję. Cały świat przestaje istnieć, ale w inny sposób niż wtedy, kiedy mamy dzień relatywnie spokojny. Teraz tak bardzo skupiam się na jego cierpieniu, że kompletnie zapominam o tym, co go uszczęśliwia.
            Delikatnie wodzę kciukami po jego policzkach, tworząc niewidzialne kręgi przecinające jego uwydatnione kości jarzmowe. Mija moje uczucie odrętwienia i mam wrażenie, że i w jego przypadku tak się dzieje. Twarda ziemia robi się niewygodna, trawa ponownie kłuje, a jego wzrok przestaje być tak nieobecny i skupia się na mnie.
            Patrzę w jego oczy i nagle widzę blade iskierki radości.
            Wrócił?



_________________________

Chciałam napisać coś bardzo lirycznego, wręcz trochę onirycznego.
Ostatnio doszłam do wniosku, że rzeczy, które piszę, coraz mniej przypominają opowiadania.
Jak zawsze, oczy. Oczy są bardzo niezwykłe i za każdym razem można napisać o nich coś nowego. To chyba stało się moją misją i już nigdy nie napiszę czegoś bez wzmianki o oczach. Zwłaszcza tych jednych, szczególnych, z pozdrowieniami dla mojej tajnej inspiracji.
Wyszło przez okno?