poniedziałek, 6 kwietnia 2015

E lucevan le stelle

- Zatrzymaj się. Spójrz w niebo, ostatnio tak rzadko jest bezchmurne. Tej nocy w końcu pozwala spojrzeć w gwiazdy, przyjrzyj się im.
- Co ty w nich widzisz?
- Życie. Tyle się wokół nas dzieje. Jeśli znaleźć chwilę i dobrze się nad tym zastanowić, to te gwiazdy tam są odbiciem tego życia tutaj.
- Widzę tylko ciemność.
- Przyjrzyj się dokładnie. Nie spiesz się. Pozwól oczom przywyknąć do mroku. Tutaj też panuje ciemność, często nawet za dnia. Życie każdego człowieka jest jak to niebo. Na początku, gdy na nie patrzysz – puste. Czarne. Nie ma na co spojrzeć, jest takie jak zwykle, jak w każdym innym miejscu na Ziemi. Nic nadzwyczajnego. Potem jednak mija jakiś czas i zaczynasz dostrzegać w nim jakieś punkciki. Gwiazdy.
- Gwiazdy?
- Gwiazdy twojego życia. Odmieniają je. Rozjaśniają.
- Nie mogą przecież rozjaśnić całego nieba, patrz, jakie jest ogromne.
- A jednak te małe punkciki dodają blasku. Nie widzisz? Przerywają tę ciemną i z czasem kompletnie nieznośną monotonię czerni.
- W dalszym ciągu nie pojmuję twojego toku myślenia. Przecież gwiazdy są odległe i to o wiele tysięcy lat świetlnych. Nie mają na nas wpływu. Życie tu jest tu, a one są tam. To nie ma znaczenia.
- Ale czy nie ciekawiej patrzeć na niebo usiane tymi plamkami? Gdyby ich nie było, sklepienie byłoby puste i takie, jakie większości ludzi się wydaje – ordynarne. Nieciekawe. Niewarte zatrzymania się choć na na chwilę i uniesienia wzroku.
- Nadal uważam, że gwiazdy nie wnoszą nic do naszego życia. Twoja dusza jest przepełniona poezją, to nie pasuje do tego świata.
- Czemu nie możesz otworzyć umysłu? Jesteś tacy, jak wszyscy. Gdyby nie gwiazdy, nie byłoby życia. Gdyby nie one, nie byłoby nas, nadal nie rozumiesz? Patrzysz za daleko. Owszem, są gwiazdy odległe, ale są też i te bliższe. Zapominasz o Słońcu. To ono determinuje życie.
- I czym jest to Słońce według ciebie?
- Miłością.
- Och, oczywiście! Jakże melodramatycznie, świetnie.
- To naprawdę ma sens, zadaj sobie choć trochę wysiłku i zastanów się nad tym. Nasze życie jest ciemne. Tak jak niebo – tak naprawdę jest przecież bezkresną czernią. Potem podlega uformowaniu, oddziałują na nie inne ciała – gwiazdy, które pozostawiają po sobie ślad. Potem dzieje się ta jedna rzecz, spotyka się tę jedną osobę, która staje się nam najbliższa. Tak, jak Słońce jest najbliższe Ziemi. Dobrze wiesz, co dzieje się, gdy wstaje Słońce – całe niebo tutaj się rozjaśnia. Nie tak, jak pod wpływem tych odległych gwiazd, które pojawiają się i znikają. Dzięki bliskości Słońca mamy życie, rozumiesz? Słońce jest jak odwieczny kochanek Ziemi, daje jej życie, daje życie nam, daje możliwość wszystkiego – o czymkolwiek nie pomyślisz. Bez niego nie byłoby niczego.
- Mówiłaś, że gdy gwiazdy znikają, pozostawiają po sobie ślad. Co masz na myśli?
- Supernowe.
- Mów dalej.
- Kiedy gwiazda kończy swój żywot – tak jak kiedy ktoś, kto był w naszym życiu z niego odchodzi – powstaje supernowa. Wielki wybuch, widoczny o wiele wyraźniej niźli wcześniej sama gwiazda, bo kiedy ktoś odchodzi, myślimy o tym kimś o wiele intensywniej, niż kiedy był.
- A co ze Słońcem?
- Jeśli zniknie Słońce, zniknie życie. Jeśli stracisz miłość, jeśli stracisz osobę dla siebie najważniejszą...
- To znaczy ciebie.
- ... w takim wypadku supernowa nie jest twoim jedynym problemem. Widzisz, jeśli skończy się Słońce, skończy się życie. Wybuch pochłonie Ziemię razem z całym swoim istnieniem. Dlatego koniec miłości jest końcem życia.
- Miłość jest destrukcją?



_______________________

E lucevan le stelle - And the stars were shining - wers z opery Giacomo Puccini'ego Tosca
Nagle mnie natchnęło, więc szybko spisałam i wstawiłam. Trochę eksperymentalna w moim wykonaniu forma, bo dialogi jednak nie są moją ulubioną rzeczą, co widać w poprzednich opowiadaniach. Przełamałam się odrobinę i tak wyszło, że to jest jednym dialogiem. A kończy się tak, jak się kończy, to też był jakimś mój zamysł pseudoartystyczny i ciekawa jestem opinii.

poniedziałek, 16 marca 2015

Sogni d'oro II



             Nie możesz się skoncentrować, mimo że po twoich ściągniętych brwiach i zaciśniętych pięściach widzę, jak bardzo próbujesz. Chociaż wybijasz się po krótkim nabiegu tak jak zawsze, chociaż skaczesz prawdopodobnie jeszcze wyżej niż zazwyczaj, nie kończysz któregoś ataku z kolei. Nie wiem, co tak dokładnie się dzieje, ale nie wyglądasz najlepiej. Uspokajasz kolegów z drużyny, przekonujesz rozgrywającego, że wszystko było w porządku, żeby wystawił tobie piłkę jeszcze raz. Zapewniasz, że tym razem nie będziesz miał problemów, ale wiesz, że to może nie być prawda. Wszystko to jestem w stanie odczytać z wyrazu twojej twarzy i sposobu, w jaki zaciskasz wargi. Do tego odwracasz wzrok za każdym razem kiedy jesteś bardzo blisko spojrzenia w moim kierunku.
             Nawet z dużej odległości, która nas dzieli, jestem w stanie zauważyć, że twoje spojrzenie nie jest tak pełne spokoju jak zawsze. Twój niepokój zaczyna zarażać i mnie, czuję drżenie rąk. Mam ochotę zejść po szerokich stopniach na dół, przecisnąć się między skandującymi twoje nazwisko ludźmi, objąć cię tak jak zwykle i poczuć twój zapach, kiedy wtulam się w twój tors.
             Znowu nie wyszła ci zagrywka i widzę jak powolnym ruchem opuszczasz głowę. Nigdy nie poddajesz się łatwo, mam ochotę wstać i krzyknąć, żebyś się nie załamywał i walczył dalej, ale nic by to nie dało. Wśród takiej liczby zdzieranych gardeł moje jedno nic by nie wskórało. Poza tym widzę, że to nie ma sensu, bo już dawno się załamałeś.
             Nie mówisz mi, co się dzieje. Wiem, że nie daje ci to spać w nocy, nie można takich rzeczy ukryć przed kimś, z kim dzieli się łóżko.
             Trener ci nie odpuści, dobrze to wiesz. Taki jest jego sposób pracy, nie zmieni cię, musisz pokonać słabości, musisz przeskoczyć samego siebie i wybrnąć ze złej sytuacji. Musisz być silny. Ja jestem silna dla ciebie i po części za ciebie, przynajmniej próbuję. Chętnie przejęłabym choć część tego ciężaru, ale wiem, że mi nie pozwolisz. Przecież twierdzisz, że nie możesz mnie obciążać i sam sobie ze wszystkim poradzisz. Chyba więc nie jestem ci potrzebna.
             Wybroniłeś piłkę, dzięki czemu zdobyliście punkt, ale bardzo dużo czasu zajmuje ci podniesienie się z parkietu. Widzę, jak bardzo chcesz zostać na ziemi i najlepiej się nie ruszać. Jest naprawdę źle, skoro nawet udawanie, że wszystko jest w porządku nie za dobrze ci wychodzi. Któryś z zawodników do ciebie podchodzi i niemal jestem w stanie usłyszeć twój głos, gdy zapewniasz, że po prostu źle się czujesz, bo przecież wszystko gra.
             W końcu widoczną ulgę z powodu końca męczarni na boisku przynosi ci dźwięk ostatniego gwizdka. Przymykasz oczy i wzdychasz głęboko. Już niedługo znajdziesz się w zaciszu swojego domu, naszego domu. Musisz wytrzymać jeszcze tylko chwilę.
             Nie masz ochoty bawić się w spotkania z kibicami i uśmiechy do zdjęć, ale akurat tobie ciężko jest przed nimi uciec. Podchodzę bliżej, ale nic nie mówię. Staję z boku i czekam, słuchając twoich wymuszonych uprzejmości skierowanych w stronę kompletnie nieznajomych osób. Pewnie zastanawiasz się, czemu nie mogą okazać tobie chociaż trochę współczucia i zostawić w spokoju. Ale czemu mieliby to robić? Przecież wygrałeś, według nich pewnie nie masz żadnych problemów.
             Kiedy nasze spojrzenia się krzyżują, zauważam nieco przyćmioną iskierkę radości, która przez ułamek sekundy błyska w twoich oczach. Zmęczenie spowodowane kolejną bezsenną nocą jest bardzo widoczne. Cienie pod oczami, normalnie spowodowane noszeniem okularów, teraz stały się ciemniejsze. Twoja twarz zwykle po wysiłku jakim jest mecz, była rozgrzana i odrobinę rumiana, a w tym momencie widziałam tylko niemal chorobliwą bladość. Przygryzam wargę i zastanawiam się, jak mogę ci pomóc.
             Nagle znajdujesz się tuż przy mnie, wyciągasz rękę w moją stronę. Chwytam twoją dłoń i pozwalam, by nasze palce się splotły. Z tobą wszystko miało jakieś drugie znaczenie, głębszy sens. Nadal pamiętam, kiedy jednego z wielu wspólnie spędzonych wieczorów wyznałeś, że dla ciebie splecione dłonie są utwierdzeniem w przekonaniu, są dopełnieniem obietnicy. Zgodziłam się wtedy i od tamtego momentu myślałam o tym w ten sam sposób. Podniosłam wzrok, by móc przyjrzeć ci się dokładniej z bliska. Nadal jesteś dla mnie niesamowicie piękny, ale wydajesz się bardziej delikatny, nawet kruchy. Znowu nie patrzysz mi w oczy. Mam nadzieję, że kiedy opuścimy to miejsce pełne ludzi, otworzysz się i dasz sobie pomóc, bo mam wrażenie, że oszaleję.
             Prowadzisz mnie do domu. Tym razem odpuściliśmy sobie jazdę samochodem. Spacer z obrzeży miast, gdzie znajduje się klubowy obiekt sportowy, do jednej z uliczek w okolicach centrum, na której mieszkamy, trwa o wiele dłużej, ale to nie ma znaczenia. Po jakimś czasie jednak cisza zaczyna coraz bardziej mnie przytłaczać. Co kilka minut spoglądam w górę, chcąc dojrzeć coś w wyrazie twojej twarzy, ale nie jestem w stanie nic z niej wyczytać. Boję się odezwać, bo wydajesz się pogrążony w myślach. Nie chcę ci przeszkadzać, chociaż nie mogę znieść tego, że milczysz.
             Puszczasz mnie przodem w drzwiach, po czym zamykasz je za sobą i przekręcasz klucz w zamku. W końcu jesteśmy całkiem sami. Gdzieś w tle słyszę miarowe tykanie zegara, ale w twojej obecności nie zwracam uwagi na szczegóły z otoczenia, bo wszystko koncentruje się na tobie.
             Chcę spytać, co się dzieje i jak mogę pomóc, ale wiem, że nie odpowiesz albo powiesz to, co zwykle, próbując przekonać mnie i samego siebie, że wszystko jest w porządku. Wiem, że to byłyby kłamstwa. Znam cię zbyt długo, by nabrać się na krótkie, nieszczere uśmiechy i uciekające spojrzenie.
             Siadam na kanapie i splatam swoje dłonie, czekam aż coś powiesz. Czy w ogóle masz zamiar coś powiedzieć? Podnoszę wzrok i widzę, jak opierasz się o framugę drzwi. Po raz pierwszy tego dnia tak naprawdę spoglądasz mi w oczy, a ja czuję jak moje wnętrzności przewracają się na lewą stronę, gdy widzę jak bardzo cierpisz. Tęczówki o głębokim, brązowym kolorze, które zawsze śmiały się do mnie, teraz wyrażają kompletne zagubienie, jakby wołały o pomoc. Kiedy powolnym krokiem zbliżasz się do mnie, dostrzegam zbierające się w kącikach twoich oczu łzy. Teraz i ja nie wiem, co powiedzieć. Czuję rosnącą gulę w moim gardle i wiem, że jeśli się rozpłaczesz, ja zrobię to samo.
             Odwracam wzrok i przesuwam się powoli, żeby zrobić ci miejsce koło siebie. Po chwili czuję, jak poduszka sofy ugina się pod twoim ciężarem. Czuję na swojej skórze twoje ciepło, siedzisz tuż przy mnie. Żadne z nas się nie odzywa. Nie wiem jak ty, ale ja po prostu nie wiem, co miałabym powiedzieć. W końcu unoszę głowę, chcę znów ujrzeć twoją twarz. Serce mi pęka, kiedy widzę pełne smutku spojrzenie i twoje policzki mokre od łez. Powoli wyciągam dłoń, by je otrzeć. Centymetr po centymetrze, bojąc się, że mogę cię wystraszyć, przysuwam się i muskam ustami twoje wargi. Przyciągasz mnie do siebie w słonym, ale pełnym czułości i delikatności pocałunku.
             Widzę, że teraz na twojej twarzy maluje się wyraźnie ulga. Bałeś się czegoś? Bałeś się mnie? Zaciskam palce na twojej dłoni, chcę dać ci znać, że jestem tu dla ciebie. Staram się posłać ci uśmiech, żeby dodać ci otuchy, czymkolwiek jest to, co nie daje ci spokoju. W odpowiedzi otrzymuję najpiękniejszy prezent na świecie – ciepłe spojrzenie twoich oczu, twoich oczu pełnych miłości.
             Ponownie przyciągam cię do siebie, teraz już bardziej spokojna. Pozwalam ci położyć się wygodnie na kanapie i ułożyć głowę na moich kolanach. Jedna moja ręka trwa spleciona z twoją. Nie ma lepszego uczucia niż to, które sprawia, że przez moje ciało przepływa fala ciepła powodowana twoim dotykiem. Kiedyś ci o tym wspomniałam. Nadal pamiętam, jaki piękny uśmiech w zamian otrzymałam. 
             Opuszkami palców drugiej dłoni delikatnie gładzę twoje policzki w miejscach, gdzie jeszcze chwilę wcześniej płynęły łzy. Po raz kolejny moją uwagę zwracają cienie pod twoimi oczami. Wyglądają naprawdę źle, ale mam nadzieję, że w końcu przyszedł dzień przełomowy, dzień, od którego zacznie się poprawiać.
             Szepczę sogni d’oro* mio amore i widzę, jak rysy twojej twarzy łagodnieją, kiedy w końcu powoli zasypiasz.



____________________________
* sogni d'oro - z włoskiego "sny ze złota", używane mniej-więcej jako zamiennik naszych "słodkich snów"

Tekst ten można traktować jako drugą część opowiadania "Cosa", które znajduje się zaraz poniżej, a którego tytuł zaraz zostanie zmieniony na "Sogni d'oro", bo w końcu wpadłam na pomysł na jakiś w miarę kreatywny. Ja traktuję to jako część drugą, której akcja ma miejsce niedługo później, jednak jest pisana z innej perspektywy. Jak już na pewno zauważyliście.
Ukłony w stronę mojej niczego nieświadomej etatowej inspiracji.
Tekst prawdopodobnie by się tu nie pojawił, gdyby nie prosaen, która tak mnie pochwaliła, że nadal nie mogę przestać się cieszyć.

piątek, 6 marca 2015

Sogni d'oro I



            Tykanie zegara było jedynym dźwiękiem, który zdawał się rozbrzmiewać w całym świecie i zaczynało go to doprowadzać do białej gorączki. Przenikliwa cisza byłaby o wiele bardziej przyjemna, bo nic nie zakłócałoby swobodnego przepływu jego myśli, tymczasem nawet jego serce zdawało się przejmować regularny rytm poruszającej się wskazówki sygnalizującej upłynięcie kolejnej sekundy. Próbował oddychać miarowo, ale nie mógł uspokoić własnego organizmu. Jego ciało było podstawą jego pracy – czegoś, czym zarabiał na życie – a teraz nawet nad nim nie potrafił zapanować. Może był to rodzaj obrony? Nierównomierny oddech był jedyną czynnością, która jeszcze nie zgrała się z zegarem, bo oto właśnie zauważył, że całkowicie nieświadomie uderzał palcami o drewniane wezgłowie łózka, za każdym razem z sekundowym odstępem.
            Tykanie zegara. Natrętny dźwięk, który teraz zdawał się zmieniać swoje brzmienie. Stawał się coraz bardziej agresywny, żeby przypadkiem nie dało się go wyrzucić z głowy. Zignorowanie go nie wchodziło w rachubę, nie kiedy cały świat zdawał się pulsować jednym rytmem. Rytmem wskazówek zegara.
            Podniósł się na materacu i ostrożnie, najdelikatniej jak mógł, wyszedł z łóżka. Od razu poczuł chłodne powietrze, które dostawało się do pomieszczenia przez otwarte okno. Chłodne nocne powietrze muskało rozgrzaną skórę jego policzków chłodząc ją, kiedy oparł się o parapet i próbował dojrzeć czegoś – czegokolwiek, co odwróciłoby jego uwagę – w ciemności za szybą.
            W ciemności za szybą nie dostrzegł niczego oprócz nieskończonego mroku, który wydawał się tętnić czernią razem z zegarem nieprzerwanie wybijającym swoją jednostajną melodię.
            Ciemność za szybą zdawała się szeptać coś właśnie do niego, ale robiła to zbyt niewyraźnie. Nie był w stanie nic zrozumieć, ale nagle, jakby na znak, przeszła go fala strachu goniona falą wątpliwości. Bo co jeśli wszechświat właśnie w tamtym momencie dawał mu znak, którego nie był w stanie dostrzec? Co jeśli ciemność właśnie mówiła mu, że nie tak miało wyglądać jego życie, że wszystko robił źle?
            Powoli odwrócił się plecami do okna i wrócił do łóżka. Może w końcu nadszedł czas na sen, może w końcu jego organizm był dostatecznie zmęczony by odpłynąć do krainy snów pełnych szczęścia, pewności i stałości.
            Kolejne rozczarowanie. Znużenie nie przyszło, nie odczuwał nawet oznak zapowiadających jego nadejście. Kolejna bezsenna noc. Wziął głęboki wdech, po czym powoli wypuścił zalegające w płucach powietrze. Przecież musiał funkcjonować, przecież w końcu jego życie musiało wrócić do normy.
            Tykający zegar przypominał mu o normie, ale jednocześnie mu ją odbierał. Każdego dnia i każdej nocy, którą spędził w domu, zegar zawsze wisiał na swoim miejscu na pomalowanej białą farbą ścianie i wybijał jednolity rytm. Zanim zaczęła się jego udręka, nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, jakby go w ogóle nie było, a jego dźwięk właściwie nie istniał. W obecnej sytuacji monotonne tik-tak z każdym kolejnym razem było coraz głośniejsze i coraz bardziej doprowadzało go do szaleństwa.
            Jego skronie pulsowały, zgrywając się z jedynym dźwiękiem w całym wszechświecie, tak mu się wydawało. Kilkakrotnie zmieniał pozycje, szukał tej idealnej, w której magicznym sposobem przestałby słyszeć denerwujący rytm. Próbował okryć się całkowicie kocem, ale po jakimś czasie zaczynało brakować mu powietrza. Nawet wtedy słyszał tykanie. A może nie słyszał? Może dźwięk ten na tyle wbił się w jego umysł, że słyszał go nawet, kiedy nie miał prawa go usłyszeć? 
            Nie mógł dłużej leżeć. Mimo wielu usilnych prób uspokojenia samego siebie, sen nie przychodził. Po raz kolejny tamtej nocy wstał. Po raz kolejny tamtej nocy zrobił krok do przodu, potem kolejny i kolejny, ale po kilku następnych, niezwykle ostrożnych i wyważonych, niemal natychmiast się zatrzymał. Dokąd chciał iść? Planował ucieczkę? Dokąd miałby uciec? I właściwie dlaczego? 
            Tykanie zegara mu przypomniało. Gdziekolwiek, byleby mógł się od niego uwolnić. Gorączkowo rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu, szukając wyjścia. Zaczął się zastanawiać, czy nie postradał zmysłów. Czuł, że zmieniał się w szaleńca. Obrócił się na pięcie, rozpaczliwie poszukując ratunku, ale cały świat, i tak już mroczny i niesamowicie ciemny, zaczął się rozmazywać przez napływające do jego oczu łzy. Kompletna bezradność. Skończyły mu się pomysły. Jego organizm był pewny tylko jednego – słonego smaku łez. Czy chociaż tym razem los mógł mu pomóc chociaż odrobinę i zesłać do pomocy anioła albo przynajmniej sprawić, by zegar szlag trafił?
            - Nie śpisz? – jej miękki głos przepełniony troską był jedynym sposobem na odciągnięcie jego uwagi od tykającego nemezis. Ona była jego jedynym sposobem na odciągnięcie uwagi od całego zła wszechświata i od niego samego. Od zawsze przy nim, sprawiając, że jego życie było o tyle łatwiejsze do zniesienia. O tyle bardziej przyjemne. To ona była jego aniołem. 
            Westchnął cicho. Nie musiał odpowiadać. Ona wiedziała. Podniosła się na przedramionach, w ciemności widział zaledwie cień jej cienia, ale nie potrzebował światła. Nawet w ciemności była najpiękniejsza. Znał ją na pamięć, poznał ją całą i ciemność nie przeszkadzała mu w niczym. Nawet w ciemności była tuż obok. Wiedział, że wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby się o tym przekonać. Nawet w ciemności mógł zdecydowanie stwierdzić, że to ona była jego aniołem, niesamowitym prezentem od życia, na który nie zasługiwał, ale nie potrafił się go wyprzeć. 
            Nie zobaczył, tylko usłyszał jej ruch. Usłyszał, jak odrzuca na bok cienki koc, którym szczelnie otulała się w nocy. Usłyszał, jak powoli przesuwa się na materacu. Dokładnie widział każdy jej ruch oczami wyobraźni. Chwilę później leżał tuż obok niej i przypatrywał się miejscu w ciemności, gdzie znajdowała się ona. Powoli wyciągnął przed siebie rękę i pełnym namaszczenia ruchem założył za jej ucho blond włosy, które ciemność zmieniła w aksamitną czerń. 
            Dalej opuszki jego palców powędrowały niżej, prowadząc jego dłoń ku jej delikatnej szyi i kruchym ramionom z uwydatnionymi kościami. Czuł jej gęsią skórkę, która znikała równie szybko, jak się pojawiała. Jej skóra ogrzewała się pod jego dotykiem. Drżała. Swoją delikatną, drżącą dłonią powiodła po jego policzkach, ścierając łzy. Nic nie mówiła, bo nie potrzebowali słów, by się porozumieć. Nieme wyznania były niemożliwe do zarejestrowania i zinterpretowania przez osoby niepożądane, dlatego obowiązywały na zawsze. 
            Jej ciało było jedynym ukojeniem, a jej dotyk jedynym opatrunkiem, który był w stanie mu pomóc. Jej oddech był zapomnieniem, a w tamtej chwili nie pragnął niczego oprócz zapomnienia. Cały jego organizm wołał o pomoc – chciał zatracić się w niej, w jej delikatności, w jej pięknie, bo jedynie w ten sposób był w stanie przestać myśleć o rzeczywistości. To ona była ostoją i gdyby jej zabrakło, równowaga jego życia zostałaby zachwiana.
            Jej rozpalona skóra ogrzewała jego wyziębione nocną bryzą ciało. Jej gorące serce rozpalało jego wolniej bijące i trochę oziębłe. Czuł, że nie tylko jej puls przyspieszył. Słyszał szum krwi, która krążyła w jego żyłach ze zdwojoną siłą. Upijał się jej zapachem, chłonął go całym sobą tak, że kręciło mu się w głowie zupełnie jak po butelce dobrego, włoskiego wina. 
            Powoli, sumiennie, najdokładniej jak tylko potrafił, po raz kolejny się jej uczył. Sprawdzał, czy nigdzie się nie zmieniła, badając jej ciało dłońmi, badając je ustami. Zgłębiał tajemnice jej kształtów, dociekał uważnie każdego szczegółu. Była z nim, była jego, a on był jej i cała reszta przestała odgrywać znaczenie jak zawsze, kiedy była w pobliżu. W jej obecności żadne obawy nie istniały, wszystko do siebie pasowało, wszystko było w jak najlepszym porządku, a wątpliwości nie miały prawa bytu. Owszem, i wtedy wydawało mu się, że był szalony, ale kompletnie szalony z miłości. Niczego innego nie było. 
            Nawet tykanie zegara przestało go już interesować. Przestało mu przeszkadzać. Teraz to ono dostosowywało się do nich, nie odwrotnie. Tykanie zegara zdawało się zwalniać, adaptować do tempa ich delikatnych ruchów, do tempa bicia ich serc, do tempa ich oddechów. Wszystko zmieniało się, kiedy była tuż obok. Nawet tykanie zegara straciło swoje wymowne znaczenie. Nawet tykanie zegara nie było w stanie go pokonać. Nawet tykanie zegara było niczym w porównaniu z nią.



____________

No. Trochę nad tym posiedziałam i nawet jestem zadowolona z tego, co mi wyszło. Po prawie miesiącu męki... Nie jest źle. Chyba. (???)
Pozdrowienia dla mojej stałej i największej inspiracji, która właściwie o tym nie wie. Może kiedyś się dowie... Może.
Dzięki prosaen za absolutnie idealną piosenkę, która całkowicie mi przypasowała do nastroju całego opowiadania. Link u góry, na samym początku.
("Cosa" po włosku znaczy po prostu "rzecz", więc teoretycznie wpis nie ma tytułu, bo nie mam pomysłu na nic kreatywnego, a nie chcę całości zniszczyć byle jakim czymś. Może na coś wpadnę i zaktualizuję... Propozycje mile widziane.)
Pracuję nad nagłówkiem, na razie wygląda biednie, bo jestem trochę leniwa.


sobota, 3 stycznia 2015

Odruch obronny

                 – Czekaj, nie, nie mogę – brunetka otworzyła oczy i szybkim ruchem odsunęła się od mężczyzny, którego twarz znajdowała się zadziwiająco blisko jej twarzy. Dobrze wiedziała, w jakich sytuacjach odległość między kobietą a mężczyzną była tak niwelowana, a ona nie mogła na to pozwolić. Brązowe oczy przypatrywały się jej ze zdziwieniem, co skomentowała westchnieniem. – Mam kogoś – dodała cicho, przenosząc wzrok na kostki brukowe, którymi wyłożona była uliczka.
                 – Jak to? – jego niski głos ciągle sprawiał, że na plecach czuła delikatne dreszcze. Bardzo podobały jej się wieczory, liczne wieczory, które razem spędzali, ale nie sądziła, żeby podczas któregokolwiek z nich sprawy miałyby przyjąć taki obrót.
                 Jak za każdym razem, i tego dnia najpierw zjedli razem w tej samej małej knajpce w centrum miasta, rozmawiając przy tym na najróżniejsze i niekończące się tematy, a potem zazwyczaj spacerowali. Tym razem przysiedli na jednej z wolnych ławeczek stojących przy skraju wąskiej i mało ruchliwej uliczki. Słowo po słowie, centymetr po centymetrze... I nagle byli w tym dziwnym położeniu, nieznanym, nigdy przez tę dwójkę nieodkrytym.
                 – Chodzi mi o to, że...
                 – Wiem, o co ci chodzi – uciął krótko Matteo. Ten Matteo, który zaoferował jej pomoc pierwszego dnia, którego zjawiła się w mieście i w bardzo widowiskowym stylu całkowicie się zgubiła... trzymając mapę w dłoniach. Ten Matteo, który zawsze był szeroko uśmiechnięty i który był najprawdopodobniej najsympatyczniejszym człowiekiem na świecie. Ten Matteo, z którym tak szybko znalazła wspólny język i tak dobrze się dogadywała. Ten Matteo teraz nawet nie spojrzał jej w oczy. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
                 Nie chciała odpowiadać, bo czuła, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Skąd miała wiedzieć, że sprawy potoczą się na tyle szybko i pójdą akurat w tym kierunku? Bała się. Zdecydowanie za bardzo się bała, dlatego pierwszą rzeczą, która przyszła jej do głowy, było wymyślenie chłopaka. Odruch obronny, którego używała tak często, że wszedł jej w nawyk. Odruch obronny przed zmianami.
                 Milczała. Po chwili usłyszała jego głęboki westchnięcie, kątem oka zobaczyła, że podnosi się z ławeczki i odchodzi bez pożegnania.
                 Kiedy po kilku sekundach w końcu podniosła wzrok, zdążyła jeszcze odprowadzić mężczyznę spojrzeniem. Szedł z rękami w kieszeniach, nieco przygarbiony. Sprawiła mu przykrość, dobrze o tym wiedziała, bo nie był pierwszym, który czegoś od niej oczekiwał, a którego zawiodła. Wcześniej nawet nie zawracała sobie tym głowy, zazwyczaj po prostu czuła ulgę, że po raz kolejny udało jej się uciec od zmian i od przyzwyczajania się do kogoś, kto miałby coś w jej życiu zmienić.
Tym razem coś było nie tak i nie do końca potrafiła sobie uświadomić, co to było.
                 Nagle zrobiło się jakby ciszej i ciemniej, jakby Matteo razem ze swoim uśmiechem zabrał część gwiazd, którymi usiane było czarne o tej porze niebo. Coś jakby ukłucie w okolicy żeber sprawiło, że zaczęła się zastanawiać, czy nie zrobiła czegoś nie tak, czy aby odruch obronny nie zadziałał na wyrost.
                 Nad wyrost? Niemożliwe. Nigdy się nie myliła. Zawsze czuła, kiedy nadchodził moment, w którym powinna się ulotnić. Poznała wielu bardzo miłych i delikatnych mężczyzn, którzy nie naciskali na nią, ale w końcu zawsze któryś zaczął żywić nadzieję. W takich momentach to Giulia zdawała sobie sprawę, że to jeszcze nie jest ten moment w jej życiu, w którym poznaje swoją drugą połówkę, i uciekała.
                 I tej wiosny uciekła, tym razem zostawiając za sobą całe środowisko, wszystkich nieudanych przyjaciół i rodzinę. Chciała się rozwijać na Uniwersytecie w Modenie, chciała zdobyć wiedzę, czytać książki, może poznać jakichś ciekawych ludzi, z którymi mogłaby szczegółowo omawiać studiowaną literaturę. Nie miała zamiaru zawierać głębszych przyjaźni, a tym bardziej nie miała ochoty poznawać miłości swojego życia.
                 Dawno temu zaplanowała sobie, że chłopaka znajdzie dopiero po zakończeniu pierwszego stopnia studiów, żeby nic nie przeszkadzało jej w stawaniu się najlepszą w swoim fachu. Bardzo skrupulatnie trzymała się tego, co postanowiła i głęboko wierzyła w prawdziwość powodów swojego zachowania. Głęboko w środku jednak działał inny czynnik – strach.
                 Ostatecznie zawsze decydującym czynnikiem były obawy, które w pewnym momencie każdej znajomości mnożyły się z niesamowitą prędkością i nakazywały jej brać nogi za pas.
                 Czemu i tym razem tak nie mogło być? Czemu i tym razem nie mogła po prostu zapomnieć i ruszyć naprzód ze swoim życiem i nauką? Czemu musiała o wiele lepiej czuć się w towarzystwie Matteo niż z kimkolwiek innym? Czemu nie mogła teraz znieść myśli o tym, że pozwoliła mu odejść i nawet nic nie powiedziała?
                 Podniosła się z ławki i ruszyła w przeciwnym kierunku do tego, w którym wcześniej odszedł mężczyzna. Zaplotła ręce na piersiach i ze wzrokiem wbitym w buty ruszyła przed siebie. Drogę do domu znała na pamięć. Wiedziała też, że kiedy minie budynek, w którym mieszkał Matteo, do jej celu pozostanie około stu metrów. To, że mieszkali tak blisko siebie bardzo ułatwiło zacieśnianie ich przyjaźni. Aż do tego momentu, kiedy stała się zbyt ciasna.
                 – Zbyt ciasna – wymamrotała, cały czas niezdecydowana.
                 Przekręciła klucz w zamku i weszła do środka, zastając mieszkanie całkowicie puste. Jej współlokatorka akurat wyjechała gdzieś ze swoim chłopakiem, co przyjęła z ulgą. Powoli zaczynała mieć dosyć ich nieustających czułości, a teraz mogła w końcu czuć się swobodnie i przez kilka dni żyć bez obaw, że zaraz wpadnie na jej półnagiego ukochanego.
                 Natychmiast rozłożyła się na miękkiej kanapie i obiecała sobie, że gdy tylko chwilę ochłonie, zabierze się za czytanie kolejnej lektury.
                 Jednak chwila potrzebna na ochłonięcie ciągnęła się i ciągnęła. Po zerknięciu na zegarek z zaskoczeniem przyjęła fakt, że przeleżała bezczynnie kilka dobrych godzin.
                 Nie do końca rozumiała, co ją podkusiło, ale kiedy zegar wybił trzecią, wstała, zarzuciła na siebie bluzę i wyszła z domu. Pokonała niewielką odległość, którą zdarzało jej się przebywać i o takich godzinach, kiedy spędzali razem noce filmowe w jego mieszkaniu albo nagle gdzieś w środku zdania uświadamiali sobie, że niedługo miało świtać. Spędzali ze sobą tyle czasu.
                 – Idiotko, kompletna kretynko, jak mogłaś się nie domyślić, jak mogłaś myśleć, że...
                 – Myśleć co? – Znajomy głos wyrwał ją z zamyślenia. Podniosła wzrok i zobaczyła Matteo – takiego, jak zawsze, kiedy otwierał jej drzwi w środku nocy. Zaspany, z szatynowymi włosami sterczącymi we wszystkich kierunkach i zmrużonymi oczami stał w progu i patrzył na nią ze zniecierpliwieniem.
                 Spojrzała mu w oczy i rozchyliła wargi, żeby coś powiedzieć, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Nadal nie wiedziała, jakie licho ją tam przygnało i co zamierzała powiedzieć. O ile w ogóle zamierzała cokolwiek powiedzieć. Zaczęła błagać wszystko, co było jej znane, żeby mężczyzna ją wyręczył, żeby zmienił temat, żeby chociaż spytał, która była godzina. Żeby ona mogła zdawkowo odpowiedzieć  i jak gdyby nigdy nic wrócić do domu.
                 Wyręczył ją, ale nie w sposób, którego się spodziewała.
                 Nawet nie zorientowała się, kiedy Matteo się pochylił i pocałował ją, jednocześnie przyciągając do siebie. Robił to jednak bez pewności, jakby bał się, że znowu go odepchnie. Wszystko w niej krzyczało, jej odruch obronny działał i pracował na najwyższych obrotach, ale ona po raz pierwszy w życiu robiła wszystko, żeby go zagłuszyć. Całkowicie się mu poddała, pozwoliła wciągnąć się do środka i zamknąć za sobą drzwi.

                 O ironio, nigdy nie szukała miłości, ale pocałunek był wynikiem jej znalezienia.


____________________
Pierwsza rzecz w Nowym Roku, więc wszystkim życzę wszystkiego najlepszego.
Ot, taka opowiastka. Co o niej sądzicie?
nowy wygląd