Tykanie zegara było jedynym dźwiękiem, który zdawał się
rozbrzmiewać w całym świecie i zaczynało go to doprowadzać do białej gorączki.
Przenikliwa cisza byłaby o wiele bardziej przyjemna, bo nic nie zakłócałoby
swobodnego przepływu jego myśli, tymczasem nawet jego serce zdawało się
przejmować regularny rytm poruszającej się wskazówki sygnalizującej upłynięcie
kolejnej sekundy. Próbował oddychać miarowo, ale nie mógł uspokoić własnego
organizmu. Jego ciało było podstawą jego pracy – czegoś, czym zarabiał na życie
– a teraz nawet nad nim nie potrafił zapanować. Może był to rodzaj obrony?
Nierównomierny oddech był jedyną czynnością, która jeszcze nie zgrała się z
zegarem, bo oto właśnie zauważył, że całkowicie nieświadomie uderzał palcami o
drewniane wezgłowie łózka, za każdym razem z sekundowym odstępem.
Tykanie zegara. Natrętny dźwięk, który teraz zdawał się
zmieniać swoje brzmienie. Stawał się coraz bardziej agresywny, żeby przypadkiem
nie dało się go wyrzucić z głowy. Zignorowanie go nie wchodziło w rachubę, nie
kiedy cały świat zdawał się pulsować jednym rytmem. Rytmem wskazówek zegara.
Podniósł się na materacu i ostrożnie, najdelikatniej jak
mógł, wyszedł z łóżka. Od razu poczuł chłodne powietrze, które dostawało się do
pomieszczenia przez otwarte okno. Chłodne nocne powietrze muskało rozgrzaną
skórę jego policzków chłodząc ją, kiedy oparł się o parapet i próbował dojrzeć
czegoś – czegokolwiek, co odwróciłoby jego uwagę – w ciemności za szybą.
W ciemności za szybą nie dostrzegł niczego oprócz
nieskończonego mroku, który wydawał się tętnić czernią razem z zegarem
nieprzerwanie wybijającym swoją jednostajną melodię.
Ciemność za szybą zdawała się szeptać coś właśnie do niego,
ale robiła to zbyt niewyraźnie. Nie był w stanie nic zrozumieć, ale nagle,
jakby na znak, przeszła go fala strachu goniona falą wątpliwości. Bo co jeśli
wszechświat właśnie w tamtym momencie dawał mu znak, którego nie był w stanie
dostrzec? Co jeśli ciemność właśnie mówiła mu, że nie tak miało wyglądać jego
życie, że wszystko robił źle?
Powoli odwrócił się plecami do okna i wrócił do łóżka. Może
w końcu nadszedł czas na sen, może w końcu jego organizm był dostatecznie
zmęczony by odpłynąć do krainy snów pełnych szczęścia, pewności i stałości.
Kolejne rozczarowanie. Znużenie nie przyszło, nie odczuwał
nawet oznak zapowiadających jego nadejście. Kolejna bezsenna noc. Wziął głęboki
wdech, po czym powoli wypuścił zalegające w płucach powietrze. Przecież musiał
funkcjonować, przecież w końcu jego życie musiało wrócić do normy.
Tykający zegar przypominał mu o normie, ale jednocześnie mu
ją odbierał. Każdego dnia i każdej nocy, którą spędził w domu, zegar zawsze
wisiał na swoim miejscu na pomalowanej białą farbą ścianie i wybijał jednolity
rytm. Zanim zaczęła się jego udręka, nie zwracał na niego najmniejszej uwagi,
jakby go w ogóle nie było, a jego dźwięk właściwie nie istniał. W obecnej sytuacji monotonne tik-tak z każdym
kolejnym razem było coraz głośniejsze i coraz bardziej doprowadzało go do
szaleństwa.
Jego skronie pulsowały, zgrywając się z jedynym dźwiękiem w
całym wszechświecie, tak mu się wydawało. Kilkakrotnie zmieniał pozycje, szukał
tej idealnej, w której magicznym sposobem przestałby słyszeć denerwujący rytm. Próbował
okryć się całkowicie kocem, ale po jakimś czasie zaczynało brakować mu
powietrza. Nawet wtedy słyszał tykanie. A może nie słyszał? Może dźwięk ten na
tyle wbił się w jego umysł, że słyszał go nawet, kiedy nie miał prawa go
usłyszeć?
Nie mógł dłużej leżeć. Mimo wielu usilnych prób uspokojenia
samego siebie, sen nie przychodził. Po raz kolejny tamtej nocy wstał. Po raz
kolejny tamtej nocy zrobił krok do przodu, potem kolejny i kolejny, ale po
kilku następnych, niezwykle ostrożnych i wyważonych, niemal natychmiast się
zatrzymał. Dokąd chciał iść? Planował ucieczkę? Dokąd miałby uciec? I właściwie dlaczego?
Tykanie zegara mu przypomniało. Gdziekolwiek, byleby mógł
się od niego uwolnić. Gorączkowo rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu,
szukając wyjścia. Zaczął się zastanawiać, czy nie postradał zmysłów. Czuł, że
zmieniał się w szaleńca. Obrócił się na pięcie, rozpaczliwie poszukując
ratunku, ale cały świat, i tak już mroczny i niesamowicie ciemny, zaczął się
rozmazywać przez napływające do jego oczu łzy. Kompletna bezradność. Skończyły
mu się pomysły. Jego organizm był pewny tylko jednego – słonego smaku łez. Czy
chociaż tym razem los mógł mu pomóc chociaż odrobinę i zesłać do pomocy anioła
albo przynajmniej sprawić, by zegar szlag trafił?
- Nie śpisz? – jej miękki głos przepełniony troską był
jedynym sposobem na odciągnięcie jego uwagi od tykającego nemezis. Ona była
jego jedynym sposobem na odciągnięcie uwagi od całego zła wszechświata i od
niego samego. Od zawsze przy nim, sprawiając, że jego życie było o tyle
łatwiejsze do zniesienia. O tyle bardziej przyjemne. To ona była jego aniołem.
Westchnął cicho. Nie musiał odpowiadać. Ona wiedziała.
Podniosła się na przedramionach, w ciemności widział zaledwie cień jej cienia,
ale nie potrzebował światła. Nawet w ciemności była najpiękniejsza. Znał ją na
pamięć, poznał ją całą i ciemność nie przeszkadzała mu w niczym. Nawet w
ciemności była tuż obok. Wiedział, że wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby się o
tym przekonać. Nawet w ciemności mógł zdecydowanie stwierdzić, że to ona była
jego aniołem, niesamowitym prezentem od życia, na który nie zasługiwał, ale nie
potrafił się go wyprzeć.
Nie zobaczył, tylko usłyszał jej ruch. Usłyszał, jak odrzuca
na bok cienki koc, którym szczelnie otulała się w nocy. Usłyszał, jak powoli
przesuwa się na materacu. Dokładnie widział każdy jej ruch oczami wyobraźni.
Chwilę później leżał tuż obok niej i przypatrywał się miejscu w ciemności,
gdzie znajdowała się ona. Powoli wyciągnął przed siebie rękę i pełnym
namaszczenia ruchem założył za jej ucho blond włosy, które ciemność zmieniła w
aksamitną czerń.
Dalej opuszki jego palców powędrowały niżej, prowadząc jego
dłoń ku jej delikatnej szyi i kruchym ramionom z uwydatnionymi kościami. Czuł
jej gęsią skórkę, która znikała równie szybko, jak się pojawiała. Jej skóra
ogrzewała się pod jego dotykiem. Drżała. Swoją delikatną, drżącą dłonią
powiodła po jego policzkach, ścierając łzy. Nic nie mówiła, bo nie potrzebowali
słów, by się porozumieć. Nieme wyznania były niemożliwe do zarejestrowania i
zinterpretowania przez osoby niepożądane, dlatego obowiązywały na zawsze.
Jej ciało było jedynym ukojeniem, a jej dotyk jedynym
opatrunkiem, który był w stanie mu pomóc. Jej oddech był zapomnieniem, a w
tamtej chwili nie pragnął niczego oprócz zapomnienia. Cały jego organizm wołał
o pomoc – chciał zatracić się w niej, w jej delikatności, w jej pięknie, bo
jedynie w ten sposób był w stanie przestać myśleć o rzeczywistości. To ona była
ostoją i gdyby jej zabrakło, równowaga jego życia zostałaby zachwiana.
Jej rozpalona skóra ogrzewała jego wyziębione nocną bryzą
ciało. Jej gorące serce rozpalało jego wolniej bijące i trochę oziębłe. Czuł,
że nie tylko jej puls przyspieszył. Słyszał szum krwi, która krążyła w jego
żyłach ze zdwojoną siłą. Upijał się jej zapachem, chłonął go całym sobą tak, że
kręciło mu się w głowie zupełnie jak po butelce dobrego, włoskiego wina.
Powoli, sumiennie, najdokładniej jak tylko potrafił, po raz
kolejny się jej uczył. Sprawdzał, czy nigdzie się nie zmieniła, badając jej
ciało dłońmi, badając je ustami. Zgłębiał tajemnice jej kształtów, dociekał
uważnie każdego szczegółu. Była z nim, była jego, a on był jej i cała reszta
przestała odgrywać znaczenie jak zawsze, kiedy była w pobliżu. W jej obecności
żadne obawy nie istniały, wszystko do siebie pasowało, wszystko było w jak
najlepszym porządku, a wątpliwości nie miały prawa bytu. Owszem, i wtedy wydawało mu
się, że był szalony, ale kompletnie szalony z miłości. Niczego innego nie było.
Nawet tykanie zegara przestało go już interesować. Przestało
mu przeszkadzać. Teraz to ono dostosowywało się do nich, nie odwrotnie. Tykanie
zegara zdawało się zwalniać, adaptować do tempa ich delikatnych ruchów, do
tempa bicia ich serc, do tempa ich oddechów. Wszystko zmieniało się, kiedy była
tuż obok. Nawet tykanie zegara straciło swoje wymowne znaczenie. Nawet tykanie
zegara nie było w stanie go pokonać. Nawet tykanie zegara było niczym w
porównaniu z nią.
____________
No. Trochę nad tym posiedziałam i nawet jestem zadowolona z tego, co mi wyszło. Po prawie miesiącu męki... Nie jest źle. Chyba. (???)
Pozdrowienia dla mojej stałej i największej inspiracji, która właściwie o tym nie wie. Może kiedyś się dowie... Może.
Dzięki prosaen za absolutnie idealną piosenkę, która całkowicie mi przypasowała do nastroju całego opowiadania. Link u góry, na samym początku.
("Cosa" po włosku znaczy po prostu "rzecz", więc teoretycznie wpis nie ma tytułu, bo nie mam pomysłu na nic kreatywnego, a nie chcę całości zniszczyć byle jakim czymś. Może na coś wpadnę i zaktualizuję... Propozycje mile widziane.)Pozdrowienia dla mojej stałej i największej inspiracji, która właściwie o tym nie wie. Może kiedyś się dowie... Może.
Dzięki prosaen za absolutnie idealną piosenkę, która całkowicie mi przypasowała do nastroju całego opowiadania. Link u góry, na samym początku.
Pracuję nad nagłówkiem, na razie wygląda biednie, bo jestem trochę leniwa.
było warto Ci ją pokazać, bo wspaniale ją wykorzystałaś. jeju, to jest takie ładne i subtelne. i nie jest źle, jest wspaniale.
OdpowiedzUsuńrozdziały praktycznie bez dialogów są niezwykłe, wyobraźnia pracuje wtedy na najwyższych obrotach. cała ta otoczka nocy, bezsenności i wzajemnej subtelności dwóch osób jest bezbłędna.
OdpowiedzUsuń