piątek, 6 marca 2015

Sogni d'oro I



            Tykanie zegara było jedynym dźwiękiem, który zdawał się rozbrzmiewać w całym świecie i zaczynało go to doprowadzać do białej gorączki. Przenikliwa cisza byłaby o wiele bardziej przyjemna, bo nic nie zakłócałoby swobodnego przepływu jego myśli, tymczasem nawet jego serce zdawało się przejmować regularny rytm poruszającej się wskazówki sygnalizującej upłynięcie kolejnej sekundy. Próbował oddychać miarowo, ale nie mógł uspokoić własnego organizmu. Jego ciało było podstawą jego pracy – czegoś, czym zarabiał na życie – a teraz nawet nad nim nie potrafił zapanować. Może był to rodzaj obrony? Nierównomierny oddech był jedyną czynnością, która jeszcze nie zgrała się z zegarem, bo oto właśnie zauważył, że całkowicie nieświadomie uderzał palcami o drewniane wezgłowie łózka, za każdym razem z sekundowym odstępem.
            Tykanie zegara. Natrętny dźwięk, który teraz zdawał się zmieniać swoje brzmienie. Stawał się coraz bardziej agresywny, żeby przypadkiem nie dało się go wyrzucić z głowy. Zignorowanie go nie wchodziło w rachubę, nie kiedy cały świat zdawał się pulsować jednym rytmem. Rytmem wskazówek zegara.
            Podniósł się na materacu i ostrożnie, najdelikatniej jak mógł, wyszedł z łóżka. Od razu poczuł chłodne powietrze, które dostawało się do pomieszczenia przez otwarte okno. Chłodne nocne powietrze muskało rozgrzaną skórę jego policzków chłodząc ją, kiedy oparł się o parapet i próbował dojrzeć czegoś – czegokolwiek, co odwróciłoby jego uwagę – w ciemności za szybą.
            W ciemności za szybą nie dostrzegł niczego oprócz nieskończonego mroku, który wydawał się tętnić czernią razem z zegarem nieprzerwanie wybijającym swoją jednostajną melodię.
            Ciemność za szybą zdawała się szeptać coś właśnie do niego, ale robiła to zbyt niewyraźnie. Nie był w stanie nic zrozumieć, ale nagle, jakby na znak, przeszła go fala strachu goniona falą wątpliwości. Bo co jeśli wszechświat właśnie w tamtym momencie dawał mu znak, którego nie był w stanie dostrzec? Co jeśli ciemność właśnie mówiła mu, że nie tak miało wyglądać jego życie, że wszystko robił źle?
            Powoli odwrócił się plecami do okna i wrócił do łóżka. Może w końcu nadszedł czas na sen, może w końcu jego organizm był dostatecznie zmęczony by odpłynąć do krainy snów pełnych szczęścia, pewności i stałości.
            Kolejne rozczarowanie. Znużenie nie przyszło, nie odczuwał nawet oznak zapowiadających jego nadejście. Kolejna bezsenna noc. Wziął głęboki wdech, po czym powoli wypuścił zalegające w płucach powietrze. Przecież musiał funkcjonować, przecież w końcu jego życie musiało wrócić do normy.
            Tykający zegar przypominał mu o normie, ale jednocześnie mu ją odbierał. Każdego dnia i każdej nocy, którą spędził w domu, zegar zawsze wisiał na swoim miejscu na pomalowanej białą farbą ścianie i wybijał jednolity rytm. Zanim zaczęła się jego udręka, nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, jakby go w ogóle nie było, a jego dźwięk właściwie nie istniał. W obecnej sytuacji monotonne tik-tak z każdym kolejnym razem było coraz głośniejsze i coraz bardziej doprowadzało go do szaleństwa.
            Jego skronie pulsowały, zgrywając się z jedynym dźwiękiem w całym wszechświecie, tak mu się wydawało. Kilkakrotnie zmieniał pozycje, szukał tej idealnej, w której magicznym sposobem przestałby słyszeć denerwujący rytm. Próbował okryć się całkowicie kocem, ale po jakimś czasie zaczynało brakować mu powietrza. Nawet wtedy słyszał tykanie. A może nie słyszał? Może dźwięk ten na tyle wbił się w jego umysł, że słyszał go nawet, kiedy nie miał prawa go usłyszeć? 
            Nie mógł dłużej leżeć. Mimo wielu usilnych prób uspokojenia samego siebie, sen nie przychodził. Po raz kolejny tamtej nocy wstał. Po raz kolejny tamtej nocy zrobił krok do przodu, potem kolejny i kolejny, ale po kilku następnych, niezwykle ostrożnych i wyważonych, niemal natychmiast się zatrzymał. Dokąd chciał iść? Planował ucieczkę? Dokąd miałby uciec? I właściwie dlaczego? 
            Tykanie zegara mu przypomniało. Gdziekolwiek, byleby mógł się od niego uwolnić. Gorączkowo rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu, szukając wyjścia. Zaczął się zastanawiać, czy nie postradał zmysłów. Czuł, że zmieniał się w szaleńca. Obrócił się na pięcie, rozpaczliwie poszukując ratunku, ale cały świat, i tak już mroczny i niesamowicie ciemny, zaczął się rozmazywać przez napływające do jego oczu łzy. Kompletna bezradność. Skończyły mu się pomysły. Jego organizm był pewny tylko jednego – słonego smaku łez. Czy chociaż tym razem los mógł mu pomóc chociaż odrobinę i zesłać do pomocy anioła albo przynajmniej sprawić, by zegar szlag trafił?
            - Nie śpisz? – jej miękki głos przepełniony troską był jedynym sposobem na odciągnięcie jego uwagi od tykającego nemezis. Ona była jego jedynym sposobem na odciągnięcie uwagi od całego zła wszechświata i od niego samego. Od zawsze przy nim, sprawiając, że jego życie było o tyle łatwiejsze do zniesienia. O tyle bardziej przyjemne. To ona była jego aniołem. 
            Westchnął cicho. Nie musiał odpowiadać. Ona wiedziała. Podniosła się na przedramionach, w ciemności widział zaledwie cień jej cienia, ale nie potrzebował światła. Nawet w ciemności była najpiękniejsza. Znał ją na pamięć, poznał ją całą i ciemność nie przeszkadzała mu w niczym. Nawet w ciemności była tuż obok. Wiedział, że wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby się o tym przekonać. Nawet w ciemności mógł zdecydowanie stwierdzić, że to ona była jego aniołem, niesamowitym prezentem od życia, na który nie zasługiwał, ale nie potrafił się go wyprzeć. 
            Nie zobaczył, tylko usłyszał jej ruch. Usłyszał, jak odrzuca na bok cienki koc, którym szczelnie otulała się w nocy. Usłyszał, jak powoli przesuwa się na materacu. Dokładnie widział każdy jej ruch oczami wyobraźni. Chwilę później leżał tuż obok niej i przypatrywał się miejscu w ciemności, gdzie znajdowała się ona. Powoli wyciągnął przed siebie rękę i pełnym namaszczenia ruchem założył za jej ucho blond włosy, które ciemność zmieniła w aksamitną czerń. 
            Dalej opuszki jego palców powędrowały niżej, prowadząc jego dłoń ku jej delikatnej szyi i kruchym ramionom z uwydatnionymi kościami. Czuł jej gęsią skórkę, która znikała równie szybko, jak się pojawiała. Jej skóra ogrzewała się pod jego dotykiem. Drżała. Swoją delikatną, drżącą dłonią powiodła po jego policzkach, ścierając łzy. Nic nie mówiła, bo nie potrzebowali słów, by się porozumieć. Nieme wyznania były niemożliwe do zarejestrowania i zinterpretowania przez osoby niepożądane, dlatego obowiązywały na zawsze. 
            Jej ciało było jedynym ukojeniem, a jej dotyk jedynym opatrunkiem, który był w stanie mu pomóc. Jej oddech był zapomnieniem, a w tamtej chwili nie pragnął niczego oprócz zapomnienia. Cały jego organizm wołał o pomoc – chciał zatracić się w niej, w jej delikatności, w jej pięknie, bo jedynie w ten sposób był w stanie przestać myśleć o rzeczywistości. To ona była ostoją i gdyby jej zabrakło, równowaga jego życia zostałaby zachwiana.
            Jej rozpalona skóra ogrzewała jego wyziębione nocną bryzą ciało. Jej gorące serce rozpalało jego wolniej bijące i trochę oziębłe. Czuł, że nie tylko jej puls przyspieszył. Słyszał szum krwi, która krążyła w jego żyłach ze zdwojoną siłą. Upijał się jej zapachem, chłonął go całym sobą tak, że kręciło mu się w głowie zupełnie jak po butelce dobrego, włoskiego wina. 
            Powoli, sumiennie, najdokładniej jak tylko potrafił, po raz kolejny się jej uczył. Sprawdzał, czy nigdzie się nie zmieniła, badając jej ciało dłońmi, badając je ustami. Zgłębiał tajemnice jej kształtów, dociekał uważnie każdego szczegółu. Była z nim, była jego, a on był jej i cała reszta przestała odgrywać znaczenie jak zawsze, kiedy była w pobliżu. W jej obecności żadne obawy nie istniały, wszystko do siebie pasowało, wszystko było w jak najlepszym porządku, a wątpliwości nie miały prawa bytu. Owszem, i wtedy wydawało mu się, że był szalony, ale kompletnie szalony z miłości. Niczego innego nie było. 
            Nawet tykanie zegara przestało go już interesować. Przestało mu przeszkadzać. Teraz to ono dostosowywało się do nich, nie odwrotnie. Tykanie zegara zdawało się zwalniać, adaptować do tempa ich delikatnych ruchów, do tempa bicia ich serc, do tempa ich oddechów. Wszystko zmieniało się, kiedy była tuż obok. Nawet tykanie zegara straciło swoje wymowne znaczenie. Nawet tykanie zegara nie było w stanie go pokonać. Nawet tykanie zegara było niczym w porównaniu z nią.



____________

No. Trochę nad tym posiedziałam i nawet jestem zadowolona z tego, co mi wyszło. Po prawie miesiącu męki... Nie jest źle. Chyba. (???)
Pozdrowienia dla mojej stałej i największej inspiracji, która właściwie o tym nie wie. Może kiedyś się dowie... Może.
Dzięki prosaen za absolutnie idealną piosenkę, która całkowicie mi przypasowała do nastroju całego opowiadania. Link u góry, na samym początku.
("Cosa" po włosku znaczy po prostu "rzecz", więc teoretycznie wpis nie ma tytułu, bo nie mam pomysłu na nic kreatywnego, a nie chcę całości zniszczyć byle jakim czymś. Może na coś wpadnę i zaktualizuję... Propozycje mile widziane.)
Pracuję nad nagłówkiem, na razie wygląda biednie, bo jestem trochę leniwa.


2 komentarze:

  1. było warto Ci ją pokazać, bo wspaniale ją wykorzystałaś. jeju, to jest takie ładne i subtelne. i nie jest źle, jest wspaniale.

    OdpowiedzUsuń
  2. rozdziały praktycznie bez dialogów są niezwykłe, wyobraźnia pracuje wtedy na najwyższych obrotach. cała ta otoczka nocy, bezsenności i wzajemnej subtelności dwóch osób jest bezbłędna.

    OdpowiedzUsuń