piątek, 12 czerwca 2015

Il canto

ora nel mio petto c'e' un rimpianto


               Śpiewam. Otwieram usta i wydobywam z siebie dźwięki, które pochodzą z głębi mojej duszy, przynajmniej tak mi się wydaje. Chcę, by tak to zabrzmiało. Sam wystąpić może każdy, ale otworzyć przy tym samego siebie, tego każdy nie potrafił, a było to zawsze moim celem. Staram się śpiewać, jakbym nie tylko opowiadał o stworzeniu świata, o powstaniu i kształtowaniu się całej ludzkości i przebiegu jej historii, ale i również o samym sobie. Chcę, żeby właśnie taka forma dotarła do ludzi, którzy mnie słuchają, ale wiem, że niemożliwym jest, żeby każdy odebrał to w ten sposób.
                Śpiewa. Otwiera usta i niespodziewanie wydobywa z siebie dźwięki, które całkowicie mnie zaskakują. Zupełnie nie tego się spodziewałam. Jednocześnie zachwyca mnie i przeraża, jednocześnie raduje i przyczynia się do coraz większego poczucia przygnębienia. Siedzę pośród tak wielu innych ludzi, ale wydaje mi się, że jestem tylko ja. Tylko ja i jego głos, który z każdą kolejną nutą przytłacza mnie coraz bardziej, chociaż nie do końca rozumiem dlaczego.
                Śpiewam o miłości, którą utraciłem. A może o tym, jak wydaje mi się, że brzmi utracona miłość. Pewnie nie brzmi to zbyt wiarygodnie i chociaż bardzo się staram, muszę zmienić temat. Teraz śpiewam o miłości, którą może kiedyś znajdę. I którą może kiedyś utracę.
                Nie zagłębiam się w tekst tego, o czym opowiada, przynajmniej na początku mnie to nie interesuje. Robię to celowo, bo wiem, że nie chcę rozumieć. Boję się trochę, że słowa, tak bardzo powiązane z rzeczywistością, zabiorą mi wszystkie magiczne doznania, których doświadczam.
                Nie wiem, co czuję i to powoli zaczyna mnie przerażać. W tej chwili tylko ten strach zaprząta mi głowę, kolejne nuty wyśpiewuję automatycznie, nie wkładając w nie emocji. Modlę się, żeby tak było, żeby nie było ich słychać, bo to może zniszczyć wszystko. Boję się ich, powoli wymykają mi się one spod kontroli. Czuję, że stopniowo strach zaczyna odbijać się na tym, co robię z głosem.
                Jego głos zdaje się drżeć. Nie znam się na śpiewie, na tym jednym występie znalazłam się całkiem przypadkiem, (a może było mi to gdzieś zapisane) ale wydaje mi się, że coś w tym jego głosie bardzo dramatycznie się zmieniło. Jakby się bał. Nie w ten sposób, jakby coś go przestraszyło, czy też jakby nagle zaczął bardzo się stresować., przecież jest profesjonalistą. Strach ten wydaje się być o wiele głębszy i to wrażenie sprawia, że czuję dreszcze na plecach i ramionach.
                ‘Pomóż mi zrozumieć, co czuję’, w końcu to z siebie wyśpiewuję. Już na próbach zwróciłem uwagę na to zdanie, ale teraz stało się ono dla mnie jeszcze bardziej aktualne. Wkładam w nie całą siłę, mając nadzieję, że ktoś zrozumie moje wołanie o pomoc wyrażone w tak bardzo bezpośredni, ale jednocześnie bardzo skryty sposób.
                ‘Pomóż mi zrozumieć, co czuję’, to jedno zdanie sprawia, że doznaję szoku. Kubeł pełen zimnej wody zostaje wylany prosto na moją głowę. Wszystkie tak silne emocje sprawiają, że mam ochotę wstać i zacząć krzyczeć, nie mogę ich znieść. Może właśnie dlatego on śpiewa. Nie mogę się ruszyć, po prostu obserwuję.
                Mój głos załamuje się i cichnie na chwilę, kiedy mój wzrok zatrzymuje się na zieleni oczu obserwującej mnie kobiety. Zrozumiała. Rozumie. Widzę, że tylko ona rozumie dokładnie wszystko. Kolor jej oczu przynosi mi nadzieję i od tego momentu śpiewam już tylko dla niej.
                Patrzy na mnie. Wiem, że patrzy prosto na mnie. Czuję to. Zrozumiał mnie. Nie ma innej opcji. Rozumie. To sprawia, że mam ochotę jednocześnie podejść prosto do niego, jak i uciec gdzieś, gdziekolwiek, byle się od tych dziwnych i zbyt silnych emocji uwolnić.
                ‘Chwyć moją dłoń’ – tak brzmi jeden z wersów kolejnej piosenki, jednej z moich ulubionych. Zawsze w tym momencie wyciągam rękę w stronę losowo wybranej osoby na widowni. Zawsze przypadkowo pochwycam wówczas kontakt wzrokowy z kimkolwiek, kto przede mną siedzi i nie powiązuje z tym jakichś szczególnych emocji. Po prostu tak robię. Tym razem jest inaczej. Przecież od teraz śpiewam dla tej jednej osoby, tej jednej pary oczu, które jakimś cudem udaje mi się dostrzec mimo niesamowitej mocy reflektorów na mnie skierowanych. Chwyć moją dłoń, śpiewam. Pomóż mi, myślę.
                ‘Chwyć moją dłoń’, najchętniej powiedziałabym mu to samo. Z jakiegoś powodu wiem, że kieruje to prosto do mnie. Nie wiem, czy mnie widzi przez światło, które zapewne świeci mu prosto w oczy, ale wmawiam sobie, że tak jest. Chcę wierzyć w to, że jestem rozumiana, nawet jeśli nie jestem. Wiara, nawet w takie absurdy jak w całkowite zrozumienie przez drugą osobę, potrafi być pomocna. Nie potrafię przerwać tego niezwykle długiego kontaktu wzrokowego, mimo że nie jestem pewna, czy to w ogóle ma miejsce i to sprawia, że jest jeszcze bardziej niezwykły.
                Niedługo skończę. Wiem, że mój pobyt na scenie dobiega końca. Wiem, że mogę jej już nigdy nie zobaczyć i chłonę każdą sekundę całym sobą. Ogarnia mnie niesamowity smutek, ale w sposób, w który jeszcze nigdy go nie doświadczyłem. Ostatnia nuta wybrzmiewa, gasną reflektory, zapalają się światła na widowni. Widzę ją i wiem, że niczego sobie wcześniej nie wymyśliłem. Wszystko widzę w jej oczach. Chcę dać jej znać, chcę w jakiś sposób przekazać jej tajemniczą wiadomość, której treści nie potrafię sklecić. Kłaniam się i wychodzę za kulisy z rosnącą w sercu nadzieją, że ona nadal rozumie. 
                 Koncert kończy się o wiele za szybko. Na początku nie jestem w stanie nawet ruszyć się z miejsca dlatego do owacji wstaję jako jedna z ostatnich, o ile nie ostatnia, na całej sali. Jego wzrok przytłacza mnie jeszcze bardziej, bo zdaję sobie sprawę z tego, że tym razem niczego nie wymyśliłam. Kiedy on wyjątkowo szybko opuszcza scenę, ja postanawiam zrobić to samo, wręcz uciekając z widowni. Smutek spowodowany końcem czegoś na tyle pięknego powoli zostaje zaćmiony przez nadzieję, a później i rosnącą pewność, że to nie koniec. Nagle zdaję sobie sprawę z tego, że wiem, że jestem pewna, że właśnie idę na bardzo ważne spotkanie.


_______________________
Wyszło krótko, ale załóżmy, że tak miało być, bo w końcu muszę coś z siebie wyrzucić.
Kolejna nieco eksperymentalna forma, nie wiem, dlaczego to powstało i jak i w ogóle nie potrafię opisać procesu twórczego. Po prostu powstało, bo ostatnio dostarczyłam sobie taką dawkę inspiracji, że musiałam zrobić coś. To coś macie właśnie tutaj. Nie wiem, czy ma to w ogóle jakikolwiek sens. Dziwnie się czułam pisząc takie... niesportowe, takie śpiewane opowiadanie, ale trzeba próbować różnych rzeczy, prawda?
Zainspirowały mnie dwie piosenki, których fragmentów użyłam w tekście. Są to odpowiednio Cosi' i Il canto. W połączeniu z moją etatową inspiracją dały coś takiego i nie do końca wiem, co z tym zrobić. Więc wstawiam i liczę na to, że mi powiecie, co tu się właściwie stało.
Mam bardzo produktywne wakacje, sama siebie zadziwiam ilością (i mam nadzieję, że jakością) wpisów na blogu.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Chissà se finirà

chissà se finirà se un nuovo sogno la mia mano prenderà


             Światło lampki ustawionej na stoliku przy kanapie niebezpiecznie zamigotało, co oderwało moją uwagę od trzymanego na kolanach notesu.
             Do pokoju, w którym zazwyczaj zamykałam się późnymi wieczorami, kiedy chciałam pisać, ktoś wszedł. Poduszka kanapy ugięła się pod jego ciężarem, a ja poczułam ciepłe ramię obejmujące mnie w pasie.
            - Przeczytaj, co napisałaś – powiedział cicho dobrze wiedząc, że przez to na moich plecach pojawiają się dreszcze. Uśmiechnął się i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem.
            - Nie.
            - Dlaczego? – odsunął się ode mnie zaskoczony, jakbym odmówiła mu właśnie pierwszy raz w życiu. Włosi śmieszyli mnie swoim zachowaniem bardzo często i bardzo często ich nie rozumiałam.
            - Jeszcze nie skończyłam – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie lubiłam, gdy ktoś czytał coś, czego jeszcze nie dopracowałam. Często także po dopracowaniu najdrobniejszego szczegółu i usunięciu wszelkich niedoskonałości nie pozwalałam nikomu czytać moich prac, które znajdowały swoje miejsce w koszu albo w szufladzie pełnej rzeczy, którymi miałam zająć się kiedy indziej, ale ostatecznie nigdy tego nie robiłam.
            - Jeden rozdział, proszę – przysunął się bliżej mnie. – Daj spokój, jeden malutki rozdział.
            - Nie piszę przecież w twoim języku – jęknęłam, mając nadzieję, że chociaż to ostatecznie go zniechęci.
            - Opowiedz mi – szepnął po chwili zawahania, co sprawiło, że poczułam jak po moim ciele powoli rozpływa się fala gorąca.
            - W tym rozdziale akurat bohaterowie całują się po raz pierwszy – skłamałam niemal od razu, jakbym zrobiła to odruchowo. Wydawało mi się, że Włoch jego pokroju mógł oczekiwać odpowiedzi w tym stylu. A może to ja tego chciałam, sama czy też zmanipulowana przez niego.
            Odpowiedział śmiechem.
            - To brzmi naprawdę, naprawdę tragicznie – powiedział z szerokim uśmiechem, ale ja postanowiłam grać dalej.
            - No dobrze, skoro nie chcesz tego słuchać – wyplątałam się z jego ramion i odsunęłam go od siebie, ruchem głowy wskazując mu drzwi.
            - Tego nie powiedziałem! – próbował wyrwać mój notatnik z ręki, ale szybko odskoczyłam i trzymając zeszyt wysoko nad głową, stanęłam na kanapie. On jeszcze szybciej zareagował, ściągając mnie za nogę w dół w taki sposób, że niespodziewanie znowu siedziałam kompletnie zdezorientowana tuż obok niego.
            Używając swojej obłędnej gry aktorskiej, otworzyłam notes na losowo wybranej stronie i przez chwilę przyglądałam się słowom tak, jakbym zastanawiała się, jak je przetłumaczyć.
            - No więc on powoli, centymetr po centymetrze, przysunął się bliżej niej. Milczał, żeby nie zepsuć atmosfery wspólnego wieczoru – powiedziałam z uśmiechem. O dziwo, nie słuchał mojej opowieści w sposób bierny, jakiego przy normalnym biegu wydarzeń bym się spodziewała. Wykonywał czynności, o których mówiłam, jakbym nim kierowała, jakby to on był owym bohaterem, a ja bohaterką mojego hipotetycznego rozdziału. Jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej, czułam jego oddech, a wzrok, jakim na mnie patrzył, sprawiał, że czułam się coraz bardziej zmieszana.
            - I co dalej? – zapytał cicho, po raz kolejny wywołując u mnie gęsią skórkę. Dobrze, że jej nie widział, a przynajmniej taką miałam nadzieję.
            - Dłonią powiódł delikatnie po skórze jej twarzy, kończąc czuły gest założeniem pasma jej włosów za ucho – odpowiedziałam ciszej. Od jakiegoś czasu wydawało mi się, że w pokoju zapanowała dziwna atmosfera pełna niespodziewanego napięcia. Jego dotyk na mojej twarzy zdawał się pozostawiać źródła ciepła, które teraz rozlewało się po całym moim ciele. Pogodny uśmiech zszedł już z jego twarzy, chyba i jemu udzielił się nastrój tekstu, którego nigdy nie napisałam.
            - I co dalej? – to pytanie zadał już z całkowicie poważną miną.
            - Przysunął się jeszcze bliżej, aż w końcu ich wargi –
            Nie dokończyłam, bo bardzo szybko domyślił się zakończenia tego zdania i pocałował mnie bardzo ostrożnie, jakby bał się coś zepsuć. Chwilę później odsunął się na kilka centymetrów by oprzeć swoje czoło o moje.
            - I co dalej? – dopytał z delikatnym uśmiechem.
            - Chissà se finirà* – odparłam cicho i uśmiechnęłam się, zadowolona ze swojej opowieści. On wiedział, jak to mogło się skończyć i z powrotem przyciągnął mnie do siebie, żeby swój plan wcielić w życie. Zamknął notatnik, który wciąż trzymałam w dłoniach i odłożył na stój, po czym wrócił do pocałunków i stopniowego pozbawiania mnie odzieży.
           
                - Nienawidzę cię – wyszeptałam w kierunku wyraźnie zadowolonego mężczyzny wyciągniętego na materacu tuż obok mnie.
                - Powtarzasz się, amore – odpowiedział, co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. Czasami nie mogłam wyjść z podziwu, jak udawało mi się tyle z nim wytrzymać.
                - Przez ciebie nie skończę pisać tego w terminie, kretynie – odparłam. – Nie możesz przerywać mi tak pracy za każdym razem, kiedy akurat dobrze mi idzie.
                - Wiem, że mogę i wiem, że tego chcesz – wymruczał w moją stronę z szerokim uśmiechem, delikatnie kreśląc palcem wskazującym kółka na moim brzuchu. Moje niezwykle teatralne wywrócenie oczami było idealną odpowiedzią.
                Przez jakiś czas żadne z nas nic nie mówiło, chociaż cisza między nami zwykła trwać bardzo krótko. Był niezwykle rozmowny, wręcz nieprzyzwoicie gadatliwy, a nawet jeśli to nie on opowiadał, ja na niego krzyczałam. Albo się kłóciliśmy. Najwidoczniej bardzo udzielił mi się jego południowy gorący temperament.
                Takich momentów pełnych dziwnego napięcia, spowodowanego utrzymywanym długo kontaktem wzrokowym, było bardzo niewiele i chyba żałowałam, że nie zdarzają się częściej. Niemniej jednak sprawiały one, że czułam się niesamowicie niezręcznie.
                - Przestań na mnie patrzeć tymi swoimi oczami – bąknęłam w końcu.
                - A czym mam patrzeć, amore? – Nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że szeroko się uśmiecha.
                - W ogóle nie patrz – powiedziałam i odwróciłam się do niego plecami, chociaż wiedziałam, że nie miało to wiele dać. Za dobrze znałam jego i jego śmieszne sztuczki, wobec których, niestety, pozostawałam bezsilna.
                Wiedziałam, że nie zdążę doliczyć do dziesięciu, aby znowu poczuć jego dotyk na swojej skórze. Zbyt długo mnie znał. Wiedział, że nie potrafiłam mu nie ulec i za każdym razem perfidnie to wykorzystywał. Ciężko było się nie poddać, zwłaszcza kiedy opuszkami palców delikatnie wodził od mojego ramienia aż po udo i z powrotem. Próbowałam, robiłam, co w mojej mocy, żeby się nie dać, żeby nie przegrać, ale w tych okolicznościach ostatecznie zawsze przegrywałam. Odwróciłam się przodem do niego. Jego pełen zadowolenia uśmiech wprost prowokował do tego, żeby go uderzyć. Nawet, kiedy ponownie przyciągnął mnie do siebie i znowu poczułam jego ramiona wokół siebie, tak bardzo ciepłe, silne i sprawiające, że czułam jednocześnie dreszcze i przyjemną falę ciepła, nawet wtedy miałam ochotę porządnie mu przyłożyć.
                Dopiero, gdy przeniosłam wzrok na jego oczy, coś się zmieniło. Właściwie, wszystko się zmieniło.
                - Opowiedz mi – w końcu szepnęłam, a kiedy otworzył usta, by naprawdę coś powiedzieć, uniosłam dłoń i przyłożyłam ją do jego warg, żeby powstrzymać go przed wydaniem jakiegokolwiek dźwięku. – Opowiedz mi, nie używając słów – dodałam chyba jeszcze ciszej, nie mogąc odwrócić wzroku od jego oczu.
                Chyba nie do końca zrozumiał, o co mi chodziło, co było w sumie oczywiste. Może zrozumiał, ale nie do końca wziął moje słowa na poważnie, bo widziałam uśmiech błąkający się gdzieś w kącikach jego ust.
                A może było wręcz przeciwnie?
                Może zdawał sobie sprawę z tego, że jego oczy same w sobie opowiadały niesamowite historie bez potrzeby ubierania ich w słowa. Byłam pewna, że gdybym przyjrzała się naprawdę dokładnie, wyczytałabym w nich całą historię wszechświata. Wszystko to, co kiedykolwiek się wydarzyło, było zapisane gdzieś w jego ciemnych tęczówkach. Pewnie też, gdybym dokładnie się przyjrzała, mogłabym w czerni źrenicy zobaczyć przyszłość. Doszłam do wniosku, że chciałabym w nich zobaczyć przyszłość. Chciałam zobaczyć przyszłą siebie w tych samych, dobrze mi znanych brązowych oczach.
                Historie miłości, historie utraty, radości, szczęścia, żałoby, rozpaczy, gniewu. Zagłębiałam się w nich tak bardzo, że byłam w stanie wyczytać z nich wszystko.
                Często w tych oczach widziałam różne zaskakujące rzeczy. Zaskakujące emocje. Czasem widziałam w nich gniew, chociaż on sam był spokojny i zachowywał się normalnie. Innym razem widziałam w nich niesamowite iskierki radości, mimo że akurat się do mnie nie odzywał albo akurat byliśmy w trakcie wielkiej awantury. Ciekawe, jak to właśnie oczy zdradzają wszystkie uczucia, nieważne jak bardzo staramy się je zataić.
                I teraz było w nich coś niezwykłego. Wydawało mi się, że brąz jego tęczówek stał się nagle płynny, jakby został rozgrzany na tyle, że pływał w bieli oka. Dłoń, która nadal spoczywała na jego ustach, powiodłam na szorstkie od kilkudniowego zarostu policzki. Jego spojrzenie stało się jeszcze cieplejsze, o ile w ogóle było to możliwe, i zdawało się iskrzyć, czym sprawiało, że i mnie robiło się ciepło. Zastanawiałam się przez chwilę, co spowodowało u niego tak nagłą zmianę, która w tak piękny sposób objawiła się w jego oczach.
                Uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech z rodzaju tych obrzydliwie pewnych siebie, które doprowadzały mnie do białej gorączki i sprawiały, że miałam ochotę wyrzucić go za próg i zatrzasnąć drzwi. Tym razem miałam wrażenie, że ten uśmiech w połączeniu z jego wpatrującymi się prosto we mnie oczami otwierał przede mną jego duszę. I była piękna.
                Odpowiedziałam uśmiechem, bo wiedziałam, że w końcu zrozumiał, co miałam na myśli i to on sam otworzył siebie przede mną, by opowiedzieć mi swoją historię. A historia spisana prosto z duszy człowieka, zwłaszcza jeśli ów człowiek był osobą tak bliską i kochaną, była zawsze tą najpiękniejszą.



___________________
       *Chissà se finirà - kto wie, jak to się skończy, słowa zaczerpnięte z cytatu na początku. Sam cytat pochodzi z canzone per te i znaczy mniej-więcej kto wie, jak to się skończy, gdy nowy sen chwyci moją dłoń. Sama piosenka nie pasuje mi za bardzo do całości, ale właściwie napisałam to wszystko słuchając tylko jej, więc coś musi w niej być, więc wielkie dzięki dla włoskich kolegów za inspirację.

    Nie wiem, czy to jest dobre. 

wtorek, 26 maja 2015

nieznajomy

             Pierwsze tak ciepłe i słoneczne popołudnie tej wiosny było wystarczająco przekonującym argumentem, by ominąć jeden czy dwa wykłady na uniwersytecie. O wiele bardziej atrakcyjnym miejscem wydawał się być miejski park, o ile parkiem można było nazwać trzy krzyżujące się brukowane uliczki, kilka drewnianych ławeczek i znikomą ilość drzew.
             Widocznie nie tylko ja wpadłam na ten genialny pomysł, bo z życiodajnej energii słonecznej w najlepsze korzystał już tłum młodych ludzi, zapewne także studentów. Nie podobało mi się to, że moje ulubione, zazwyczaj rzadko uczęszczane miejsce nagle stało się na tyle popularne. Nie było już tak ciche, zewsząd dochodził mnie dźwięk głośnych rozmów i śmiechu. Żywiłam nadzieję, że muzyka w słuchawkach będzie w stanie wszystko zagłuszyć.
             Nie mogłam liczyć na to, że na którejś z wąskich ławek będzie jeszcze chociaż odrobinę miejsca, bym mogła spokojnie usiąść i wyjąć książkę. Dobrze, że pomyślałam o tym zawczasu i zabrałam ze sobą cienki koc, który rozłożyłam na długiej trawie o soczystozielonym kolorze. Po kilku stronach, które przeczytałam raczej z przerwami na rozglądanie się za źródłami niesamowicie głośnych krzyków lub szybką ocenę, czy pies biegnący w moim kierunku mógł być zagrożeniem, szybko zrozumiałam, że mój, z początku genialny, pomysł mógł być poważnym błędem. Ostatecznie więcej spokoju potrzebnego do dokładnego zagłębienia się w tekst znalazłabym przecież na sali wykładowej.
             Moje zniecierpliwienie zaczęło powoli sięgać zenitu, czułam, że niedługo czara goryczy miała się przelać. Szukałam już w myślach jakiegoś innego, chociaż porównywalnie atrakcyjnego miejsca, ale zupełnie nic nie przychodziło mi do głowy. Jedynym lepszym rozwiązaniem mógł być balkon, na który wychodziło się przez przeszklone drzwi w sypialni mojego mieszkania.
                Chwilę później kartkę przesłonił mi dziwny cień. Zaciekawiona jego źródłem, uniosłam głowę. Moim oczom ukazał się mężczyzna, na oko był mniej więcej w moim wieku. Nie uśmiechał się, co było naszą kolejną wspólną cechą. Na ramieniu miał torbę, dosyć starą, chyba skórzaną, a dłoń zaciśniętą miał na książce rozmiarów przeciętnego zeszytu. Zaistniała między nami bardzo ciekawa więź niezadowolonych z sytuacji w parku osób. Niemal od razu skinęłam głową, bez żadnego słowa zezwalając na przyłączenie się do mnie nieznajomego współcierpiącego. Mój milczący towarzysz posłał mi pełne wdzięczności spojrzenie, na które nie odpowiedziałam.
             - Uwaga! – Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego ludzie ostrzegali w momencie, kiedy nic już nie dało się zrobić. Nic dziwnego, że nawet nie zdążyłam podnieść wzroku znad książki, kiedy tuż obok mojej głowy przefrunął znacznej wielkości kij. Nie zaszczyciłam jego miotacza spojrzeniem, miałam przecież ciekawsze rzeczy do roboty. Mój towarzysz za to wydawał się zastygnąć bez ruchu i chyba czekać na moją reakcję. Po chwili usłyszałam jego zduszony chichot, który skutecznie przyciągnął moją uwagę.
             - O co ci chodzi? – spytałam oburzona, już gotowa, żeby wyrzucić go z mojego koca.
             - To musi być naprawdę dobra książka – stwierdził beznamiętnie i wrócił do swojej lektury.
             Puściłam tę uwagę mimo uszu po części dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć, a po części, bo po prostu miał rację.
             Po jakimś czasie ponownie obudziła się we mnie ciekawość i pierwszy raz tak naprawdę przyjrzałam się mężczyźnie siedzącym obok. Wyglądał normalnie, tak bym go opisała, o urodzie przyjemnej dla oka. Ciemne włosy sterczały we wszystkich kierunkach, rozwiane przez wiatr. Brązowe oczy, oprawione gęstymi rzęsami, skupiały się na tekście, który akurat czytał. Długie palce delikatnie podtrzymywały miękką oprawę tomu. Moje nagłe zainteresowanie zwróciło jego uwagę, bo przeniósł na mnie swoje spojrzenie i uniósł brew.
             - Jakieś pytania? – zapytał i posłał mi pogodny uśmiech.
             - Co czytasz? – odparłam szybko. Nic innego nie przyszło mi do głowy, ale chyba mu to nie przeszkodziło, bo z jeszcze szerszym uśmiechem zapalił się do opowiadania.
             Kiedy mówimy o czymś, co naprawdę kochamy, widać to w naszych oczach. Cała twarz jakby nagle promieniała jakimś niesamowitym, pełnym magii blaskiem. Tak właśnie wyglądał ów nieznajomy mężczyzna, kiedy zabrał się za streszczanie, wręcz referowanie, aktualnie czytanej książki. Jego zapał bardzo mi się udzielił, słuchałam go z ogromnym zainteresowaniem. Nie zauważyłam, w którym momencie odłożyłam swoją przejmującą lekturę na bok i przesunęłam się w taki sposób, by lepiej widzieć każdą z emocji wymalowanych na jego twarzy. W pewnym momencie doszło do tego, że coraz mniej słuchałam, a coraz bardziej przeglądałam się swojemu towarzyszowi, ale nie miało to większego wpływu na treść. Nie musiałam słyszeć, co mówił, żeby to wiedzieć.
             Doszło do tego, że nawet nie zorientowałam się, kiedy okolica niemal zupełnie ucichła. Przerwałam swoją wypowiedź w połowie zdania, bo nagła cisza zupełnie zbiła mnie z tropu. Mój towarzysz zdawał się robić to samo z tym tylko, że dodatkowo miał niezły ubaw z mojej zszokowanej miny.
             - Aż tak cię zaabsorbowałem? – zapytał z pełnym zadowolenia uśmiechem.
             - Chciałbyś – odparłam roześmiana, chociaż było to oczywiste kłamstwo.
             Nie mogłam siedzieć z nim tam w nieskończoność i starałam się wmówić sobie, że wcale tego nie chciałam. Było to nadzwyczaj dziwne uczucie i zaczęło mnie ono bardzo niepokoić, ale robiłam co mogłam, żeby je zignorować. Przecież żyje się tylko raz, co miałam do stracenia?
             Nie podjęłam tematu, który przerwałam, więc cisza między nami trwała nadal. Nieznajomy przyglądał mi się bez ustanku, mrużąc nieco oczy za cienkimi soczewkami okularów. Cały czas uśmiech nie schodził mu z ust, chociaż teraz był bardziej subtelny, przez co wyglądał nawet nieco tajemniczo. Atmosfera między nami nagle uległa zmianie. Nie wiedziałam jeszcze, jakiej zmianie i czy zmiana ta była dobra, ale coś na pewno się zmieniło. Nawet nie drgnęłam, żeby czegoś nie popsuć, bo chyba zaczynało mi się podobać. Chyba nawet wstrzymałam oddech.
             W końcu to on się poruszył. Na moment opuścił wzrok, ale zaraz potem znów go uniósł. Wyciągnął dłoń w moją stronę, ale w połowie ruchu chyba zorientował się, co robił i niemal natychmiast cofnął rękę. Odchrząknął i wymruczał coś jakby przeprosiny, na co i ja coś odmruknęłam.
             - Chyba powinnam się już zbierać – powiedziałam cicho i zaczęłam chować swoje rzeczy do torby. Mężczyzna zaczął robić to samo.
             - Tak, ja też. Nawet nie zauważyłem, że zaczęło się ściemniać – odparł równie cicho, jakbyśmy się przed kimś chowali. Może rzeczywiście tak było.
             - To musiała być bardzo dobra książka. – Specjalnie zacytowałam jego samego, na co odpowiedział mi szerokim uśmiechem, kiedy pomagał w składaniu koca. Pożegnaliśmy się szybko w dosyć niezręcznej atmosferze i rozeszliśmy się w kierunkach tylko nam znanych.
             Kiedy znalazłam się z powrotem w swoim mieszkaniu, zaczęłam się zastanawiać nad tym, co mnie spotkało, jak to miałam w zwyczaju. Chwilę mi to zajęło, ale w końcu doszłam do wniosku, że popełniłam kluczowy wręcz błąd. Nie dałam owemu nieznajomemu swojego telefonu, nawet nie wiedziałam, jak miał na imię. Może i nasze miasto nie było zbyt wielkie, ale znalezienie kogoś, o kim się nie wiedziało niczego oprócz tego, jak wyglądał, nie było zadaniem wykonalnym. Trzeba się było poddać szczęściu i mieć nadzieję, że kiedyś przypadkiem znowu się spotkamy.
             Celowo przychodziłam do tego samego parku o wiele częściej niż zdarzało mi się to wcześniej, ale zdałam sobie sprawę z tego, że niektóre historie po prostu kończą się inaczej niż mogłoby się zdawać. Zaczęłam się przyzwyczajać do tej myśli i uczęszczałam na miejsce naszego pierwszego i ostatniego spotkania coraz rzadziej, nie widząc w tym sensu.
             Książki czytywałam tak, jak wcześniej postanowiłam, na swoim balkonie, na którym urządziłam sobie czytelnię pierwszej klasy. Przesiadywałam tam prawie każdego popołudnia aż do późnego wieczora, kiedy komary zaczynały być naprawdę nieznośne. Pogoda pozwalała na to właściwie każdego dnia.
             Także i tego jednego, kiedy w pewnym momencie usłyszałam znajomy głos.
             - Julio! Spuść swoje włosy!
             - Jak mnie znalazłaś? – odkrzyknęłam zdziwiona, wstając z miejsca.
             - Julio, o nic nie pytaj. Pomóż mi dostać się do twej wieży!
             - Możliwe, że odrobinę ci się pomyliło – odparłam cicho nadal zszokowana, ale czułam, że już zaczynałam uśmiechać się szeroko jak kompletna kretynka.
             - To może chociaż zejdziesz na dół? – zapytał jak gdyby nigdy nic, jakby wszystko było całkiem normalne.
             Wzruszyłam ramionami i wstałam, by szybkim krokiem opuścić mieszkanie.



_____________________

Pierwsze z serii "w końcu mam wakacje i to takie długie, że muszę coś ze sobą zrobić". To jest takie trochę beztroskie, bez znaczenia, dla odstresowania, takie ot. Coś. Mam nadzieję, że w miarę pisania trochę się rozgrzeje i niedługo wstawię tutaj coś, co będzie dobre. Kiedyś. Możecie trzymać kciuki.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

E lucevan le stelle

- Zatrzymaj się. Spójrz w niebo, ostatnio tak rzadko jest bezchmurne. Tej nocy w końcu pozwala spojrzeć w gwiazdy, przyjrzyj się im.
- Co ty w nich widzisz?
- Życie. Tyle się wokół nas dzieje. Jeśli znaleźć chwilę i dobrze się nad tym zastanowić, to te gwiazdy tam są odbiciem tego życia tutaj.
- Widzę tylko ciemność.
- Przyjrzyj się dokładnie. Nie spiesz się. Pozwól oczom przywyknąć do mroku. Tutaj też panuje ciemność, często nawet za dnia. Życie każdego człowieka jest jak to niebo. Na początku, gdy na nie patrzysz – puste. Czarne. Nie ma na co spojrzeć, jest takie jak zwykle, jak w każdym innym miejscu na Ziemi. Nic nadzwyczajnego. Potem jednak mija jakiś czas i zaczynasz dostrzegać w nim jakieś punkciki. Gwiazdy.
- Gwiazdy?
- Gwiazdy twojego życia. Odmieniają je. Rozjaśniają.
- Nie mogą przecież rozjaśnić całego nieba, patrz, jakie jest ogromne.
- A jednak te małe punkciki dodają blasku. Nie widzisz? Przerywają tę ciemną i z czasem kompletnie nieznośną monotonię czerni.
- W dalszym ciągu nie pojmuję twojego toku myślenia. Przecież gwiazdy są odległe i to o wiele tysięcy lat świetlnych. Nie mają na nas wpływu. Życie tu jest tu, a one są tam. To nie ma znaczenia.
- Ale czy nie ciekawiej patrzeć na niebo usiane tymi plamkami? Gdyby ich nie było, sklepienie byłoby puste i takie, jakie większości ludzi się wydaje – ordynarne. Nieciekawe. Niewarte zatrzymania się choć na na chwilę i uniesienia wzroku.
- Nadal uważam, że gwiazdy nie wnoszą nic do naszego życia. Twoja dusza jest przepełniona poezją, to nie pasuje do tego świata.
- Czemu nie możesz otworzyć umysłu? Jesteś tacy, jak wszyscy. Gdyby nie gwiazdy, nie byłoby życia. Gdyby nie one, nie byłoby nas, nadal nie rozumiesz? Patrzysz za daleko. Owszem, są gwiazdy odległe, ale są też i te bliższe. Zapominasz o Słońcu. To ono determinuje życie.
- I czym jest to Słońce według ciebie?
- Miłością.
- Och, oczywiście! Jakże melodramatycznie, świetnie.
- To naprawdę ma sens, zadaj sobie choć trochę wysiłku i zastanów się nad tym. Nasze życie jest ciemne. Tak jak niebo – tak naprawdę jest przecież bezkresną czernią. Potem podlega uformowaniu, oddziałują na nie inne ciała – gwiazdy, które pozostawiają po sobie ślad. Potem dzieje się ta jedna rzecz, spotyka się tę jedną osobę, która staje się nam najbliższa. Tak, jak Słońce jest najbliższe Ziemi. Dobrze wiesz, co dzieje się, gdy wstaje Słońce – całe niebo tutaj się rozjaśnia. Nie tak, jak pod wpływem tych odległych gwiazd, które pojawiają się i znikają. Dzięki bliskości Słońca mamy życie, rozumiesz? Słońce jest jak odwieczny kochanek Ziemi, daje jej życie, daje życie nam, daje możliwość wszystkiego – o czymkolwiek nie pomyślisz. Bez niego nie byłoby niczego.
- Mówiłaś, że gdy gwiazdy znikają, pozostawiają po sobie ślad. Co masz na myśli?
- Supernowe.
- Mów dalej.
- Kiedy gwiazda kończy swój żywot – tak jak kiedy ktoś, kto był w naszym życiu z niego odchodzi – powstaje supernowa. Wielki wybuch, widoczny o wiele wyraźniej niźli wcześniej sama gwiazda, bo kiedy ktoś odchodzi, myślimy o tym kimś o wiele intensywniej, niż kiedy był.
- A co ze Słońcem?
- Jeśli zniknie Słońce, zniknie życie. Jeśli stracisz miłość, jeśli stracisz osobę dla siebie najważniejszą...
- To znaczy ciebie.
- ... w takim wypadku supernowa nie jest twoim jedynym problemem. Widzisz, jeśli skończy się Słońce, skończy się życie. Wybuch pochłonie Ziemię razem z całym swoim istnieniem. Dlatego koniec miłości jest końcem życia.
- Miłość jest destrukcją?



_______________________

E lucevan le stelle - And the stars were shining - wers z opery Giacomo Puccini'ego Tosca
Nagle mnie natchnęło, więc szybko spisałam i wstawiłam. Trochę eksperymentalna w moim wykonaniu forma, bo dialogi jednak nie są moją ulubioną rzeczą, co widać w poprzednich opowiadaniach. Przełamałam się odrobinę i tak wyszło, że to jest jednym dialogiem. A kończy się tak, jak się kończy, to też był jakimś mój zamysł pseudoartystyczny i ciekawa jestem opinii.