piątek, 12 czerwca 2015

Il canto

ora nel mio petto c'e' un rimpianto


               Śpiewam. Otwieram usta i wydobywam z siebie dźwięki, które pochodzą z głębi mojej duszy, przynajmniej tak mi się wydaje. Chcę, by tak to zabrzmiało. Sam wystąpić może każdy, ale otworzyć przy tym samego siebie, tego każdy nie potrafił, a było to zawsze moim celem. Staram się śpiewać, jakbym nie tylko opowiadał o stworzeniu świata, o powstaniu i kształtowaniu się całej ludzkości i przebiegu jej historii, ale i również o samym sobie. Chcę, żeby właśnie taka forma dotarła do ludzi, którzy mnie słuchają, ale wiem, że niemożliwym jest, żeby każdy odebrał to w ten sposób.
                Śpiewa. Otwiera usta i niespodziewanie wydobywa z siebie dźwięki, które całkowicie mnie zaskakują. Zupełnie nie tego się spodziewałam. Jednocześnie zachwyca mnie i przeraża, jednocześnie raduje i przyczynia się do coraz większego poczucia przygnębienia. Siedzę pośród tak wielu innych ludzi, ale wydaje mi się, że jestem tylko ja. Tylko ja i jego głos, który z każdą kolejną nutą przytłacza mnie coraz bardziej, chociaż nie do końca rozumiem dlaczego.
                Śpiewam o miłości, którą utraciłem. A może o tym, jak wydaje mi się, że brzmi utracona miłość. Pewnie nie brzmi to zbyt wiarygodnie i chociaż bardzo się staram, muszę zmienić temat. Teraz śpiewam o miłości, którą może kiedyś znajdę. I którą może kiedyś utracę.
                Nie zagłębiam się w tekst tego, o czym opowiada, przynajmniej na początku mnie to nie interesuje. Robię to celowo, bo wiem, że nie chcę rozumieć. Boję się trochę, że słowa, tak bardzo powiązane z rzeczywistością, zabiorą mi wszystkie magiczne doznania, których doświadczam.
                Nie wiem, co czuję i to powoli zaczyna mnie przerażać. W tej chwili tylko ten strach zaprząta mi głowę, kolejne nuty wyśpiewuję automatycznie, nie wkładając w nie emocji. Modlę się, żeby tak było, żeby nie było ich słychać, bo to może zniszczyć wszystko. Boję się ich, powoli wymykają mi się one spod kontroli. Czuję, że stopniowo strach zaczyna odbijać się na tym, co robię z głosem.
                Jego głos zdaje się drżeć. Nie znam się na śpiewie, na tym jednym występie znalazłam się całkiem przypadkiem, (a może było mi to gdzieś zapisane) ale wydaje mi się, że coś w tym jego głosie bardzo dramatycznie się zmieniło. Jakby się bał. Nie w ten sposób, jakby coś go przestraszyło, czy też jakby nagle zaczął bardzo się stresować., przecież jest profesjonalistą. Strach ten wydaje się być o wiele głębszy i to wrażenie sprawia, że czuję dreszcze na plecach i ramionach.
                ‘Pomóż mi zrozumieć, co czuję’, w końcu to z siebie wyśpiewuję. Już na próbach zwróciłem uwagę na to zdanie, ale teraz stało się ono dla mnie jeszcze bardziej aktualne. Wkładam w nie całą siłę, mając nadzieję, że ktoś zrozumie moje wołanie o pomoc wyrażone w tak bardzo bezpośredni, ale jednocześnie bardzo skryty sposób.
                ‘Pomóż mi zrozumieć, co czuję’, to jedno zdanie sprawia, że doznaję szoku. Kubeł pełen zimnej wody zostaje wylany prosto na moją głowę. Wszystkie tak silne emocje sprawiają, że mam ochotę wstać i zacząć krzyczeć, nie mogę ich znieść. Może właśnie dlatego on śpiewa. Nie mogę się ruszyć, po prostu obserwuję.
                Mój głos załamuje się i cichnie na chwilę, kiedy mój wzrok zatrzymuje się na zieleni oczu obserwującej mnie kobiety. Zrozumiała. Rozumie. Widzę, że tylko ona rozumie dokładnie wszystko. Kolor jej oczu przynosi mi nadzieję i od tego momentu śpiewam już tylko dla niej.
                Patrzy na mnie. Wiem, że patrzy prosto na mnie. Czuję to. Zrozumiał mnie. Nie ma innej opcji. Rozumie. To sprawia, że mam ochotę jednocześnie podejść prosto do niego, jak i uciec gdzieś, gdziekolwiek, byle się od tych dziwnych i zbyt silnych emocji uwolnić.
                ‘Chwyć moją dłoń’ – tak brzmi jeden z wersów kolejnej piosenki, jednej z moich ulubionych. Zawsze w tym momencie wyciągam rękę w stronę losowo wybranej osoby na widowni. Zawsze przypadkowo pochwycam wówczas kontakt wzrokowy z kimkolwiek, kto przede mną siedzi i nie powiązuje z tym jakichś szczególnych emocji. Po prostu tak robię. Tym razem jest inaczej. Przecież od teraz śpiewam dla tej jednej osoby, tej jednej pary oczu, które jakimś cudem udaje mi się dostrzec mimo niesamowitej mocy reflektorów na mnie skierowanych. Chwyć moją dłoń, śpiewam. Pomóż mi, myślę.
                ‘Chwyć moją dłoń’, najchętniej powiedziałabym mu to samo. Z jakiegoś powodu wiem, że kieruje to prosto do mnie. Nie wiem, czy mnie widzi przez światło, które zapewne świeci mu prosto w oczy, ale wmawiam sobie, że tak jest. Chcę wierzyć w to, że jestem rozumiana, nawet jeśli nie jestem. Wiara, nawet w takie absurdy jak w całkowite zrozumienie przez drugą osobę, potrafi być pomocna. Nie potrafię przerwać tego niezwykle długiego kontaktu wzrokowego, mimo że nie jestem pewna, czy to w ogóle ma miejsce i to sprawia, że jest jeszcze bardziej niezwykły.
                Niedługo skończę. Wiem, że mój pobyt na scenie dobiega końca. Wiem, że mogę jej już nigdy nie zobaczyć i chłonę każdą sekundę całym sobą. Ogarnia mnie niesamowity smutek, ale w sposób, w który jeszcze nigdy go nie doświadczyłem. Ostatnia nuta wybrzmiewa, gasną reflektory, zapalają się światła na widowni. Widzę ją i wiem, że niczego sobie wcześniej nie wymyśliłem. Wszystko widzę w jej oczach. Chcę dać jej znać, chcę w jakiś sposób przekazać jej tajemniczą wiadomość, której treści nie potrafię sklecić. Kłaniam się i wychodzę za kulisy z rosnącą w sercu nadzieją, że ona nadal rozumie. 
                 Koncert kończy się o wiele za szybko. Na początku nie jestem w stanie nawet ruszyć się z miejsca dlatego do owacji wstaję jako jedna z ostatnich, o ile nie ostatnia, na całej sali. Jego wzrok przytłacza mnie jeszcze bardziej, bo zdaję sobie sprawę z tego, że tym razem niczego nie wymyśliłam. Kiedy on wyjątkowo szybko opuszcza scenę, ja postanawiam zrobić to samo, wręcz uciekając z widowni. Smutek spowodowany końcem czegoś na tyle pięknego powoli zostaje zaćmiony przez nadzieję, a później i rosnącą pewność, że to nie koniec. Nagle zdaję sobie sprawę z tego, że wiem, że jestem pewna, że właśnie idę na bardzo ważne spotkanie.


_______________________
Wyszło krótko, ale załóżmy, że tak miało być, bo w końcu muszę coś z siebie wyrzucić.
Kolejna nieco eksperymentalna forma, nie wiem, dlaczego to powstało i jak i w ogóle nie potrafię opisać procesu twórczego. Po prostu powstało, bo ostatnio dostarczyłam sobie taką dawkę inspiracji, że musiałam zrobić coś. To coś macie właśnie tutaj. Nie wiem, czy ma to w ogóle jakikolwiek sens. Dziwnie się czułam pisząc takie... niesportowe, takie śpiewane opowiadanie, ale trzeba próbować różnych rzeczy, prawda?
Zainspirowały mnie dwie piosenki, których fragmentów użyłam w tekście. Są to odpowiednio Cosi' i Il canto. W połączeniu z moją etatową inspiracją dały coś takiego i nie do końca wiem, co z tym zrobić. Więc wstawiam i liczę na to, że mi powiecie, co tu się właściwie stało.
Mam bardzo produktywne wakacje, sama siebie zadziwiam ilością (i mam nadzieję, że jakością) wpisów na blogu.

2 komentarze:

  1. ooo, nowa inspiracja :> wiesz, że jesteś dobra w takich szczegółowych opisach?

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam na nowe opowiadanie o miłości, podróżach http://poczekaj-odetchnij.blogspot.com/ .. :) Liczę na opinie ;)>

    OdpowiedzUsuń