wtorek, 30 czerwca 2015

Sogni d'oro III

            Noce. Noce zawsze były najgorsze. W nocy wszystko nagle cichło, kiedy cały świat kładł się do snu. Znikąd nie można było oczekiwać pomocy,nic nie chciało pomóc mi w zagłuszaniu myśli. Żadnego hałasu z ulicy. Żadnego niespodziewanego dźwięku zza ściany. Nawet wiatr cichł i nie mogłem skupić się wtedy na niczym innym oprócz swoich myśli, pojawiających się i znikających wraz z kolejnymi uderzeniami zegara.
             Zastanawiałem się już nad przeniesieniem go do innego pomieszczenia, najlepiej do kosza na śmieci ustawionego pod kuchennym zlewem, ale za bardzo bałem się, że mogłoby to tylko pogorszyć całą sytuację. Z czasem nauczyłem się dostrzegać zalety dźwięku, który wcześniej doprowadzał mnie do szału. Zauważyłem, że pośród ciszy, która zapadała w nocy, nie było nic, co mogłoby pomóc mi oderwać się od pochłaniających mnie czarnych myśli. Zegar wył wtedy, o ironio, moją jedyną nadzieją, bo kiedy ona spokojnie spała, nie miałem żadnego innego sposobu na odwrócenie swojej uwagi od czającej się w moim umyśle ciemności. W nocy go przeklinałem i nazywałem swoim nemezis, za dnia wszystko to cofałem, wręcz dziękując za to, że był moją jedyną drogą do rzeczywistości.
Siedziałem przy niewielkim, drewnianym stoliku w kuchni i patrzyłem z góry na kubek po brzegi wypełniony kawą, który chwilę wcześniej tam postawiłem. Na twarzy czułem parę, która unosiła się znad gorącego napoju. Ciepło jest przyjemnym uczuciem. Miałem wrażenie, jakby to właśnie ono sprawiało, że czułem się bardziej bezpieczny. Ciepło kawy tylko mi o tym przypominało.
Oparzyłem sobie język, a po przełknięciu także gardło. Zamrugałem kilkakrotnie, żeby powstrzymać łzy, które napłynęły mi do oczu. Od kilku tygodni był to mój codzienny rytuał. Wstawałem i myślałem tylko o tym, żeby podnieść się na nogi kawą. Chyba nawet nie chodziło mi o samą kofeinę, chociaż ona też odrobinę pomagała, a o jej temperaturę. Po oparzeniu się od wewnątrz nie było mowy o spaniu, a tego właśnie potrzebowałem każdego ranka. Każdego kolejnego ranka potrzebowałem tego coraz bardziej.
Nie spałem. Brzmiało to absurdalnie, bo byłem zmęczony i to bardzo. Wykończony. To jednak nie przeszkadzało mojemu organizmowi w niespaniu. Coraz rzadziej, ale zdarzały się i lepsze noce, które przesypiałem w całości, ale jest było zdecydowanie mniej niż tych, kiedy co chwilę zrywałem się z łóżka lub zasypiałem dopiero tuż przed wschodem słońca. Potrzebowałem czegoś, żeby móc funkcjonować po takich nocach. Wybrałem kawę.
                Wydawało mi się, że oszalałem. Nie pamiętałem, dlaczego to wszystko się zaczęło. Nie wiedziałem, co mogło to wszystko spowodować. Czułem się uszkodzony, złamany. Jakbym był maszyną, wadliwym towarem wyprodukowanym gdzieś przez kogoś i wypuszczonym bez przeprowadzenia kontroli, bo nikogo ona nie obchodziła. Byłem zepsuty. Złamany. Ona także ujmowała to w ten sposób, ale dodawała, że w końcu każde złamanie się zrasta i nie musiałem się o nic martwić, ale przecież to nie było takie proste. Martwiłem się. Martwiłem się nie o siebie, ale o nią właśnie.
- Spójrz na mnie – mówiła zawsze, kiedy spotykała mnie w takich momentach, jak ten.
- Nie.
- Spójrz na mnie – powtarzała, a wtedy nie mogłem jej odmówić i podnosiłem wzrok. Widziałem jej oczy, zawsze najpierw to one przyciągały moją uwagę. Były takie inne niż wszystkie oczy, jakie widziałem. Na początku nie można do końca określić, jaki miały kolor, to takie intrygujące, jednak z każdą kolejną sekundą utwierdzałem się w przekonaniu, że były zielone. Zieleń jest kolorem nadziei, a ona była moją nadzieją, więc wszystko się zgadzało. Wszystko miało sens.
Wszystko w świecie miało sens, poza tym, co działo się w mojej głowie.
Nie spałem. Sam fakt, że pomimo potwornego zmęczenia, które narastało każdego kolejnego wieczoru, nie potrafiłem zasnąć z taką łatwością, z jaką powinienem, nie miał sensu. Sam fakt, że nie potrafiłem jednoznacznie wskazać momentu, z którym to wszystko się zaczęło, nie miał sensu. I wreszcie, sam fakt, że nawet nie byłem w stanie nazwać przyczyny swoich problemów, nie miał jakiegokolwiek sensu.
- Podobno jesteśmy w stanie odróżnić sen od rzeczywistości właśnie po tym, że brak w nim logiki. Znajdujemy się wówczas nagle w jakimś miejscu, które wydaje nam się całkowicie oczywistym i naturalnym miejscem, w którym powinniśmy przebywać i nawet nie kwestionujemy przyczyny naszego pojawienia się tam – powiedziałem cicho, kiedy i tamtego ranka pojawiła się w progu kuchni. – Nie kwestionujemy przyczyny i nie mamy pojęcia, ani jak tam się znaleźliśmy, ani kiedy się tam znaleźliśmy.
              Widziałem, że nawet się nie poruszyła. Stała tam, w tym samym miejscu, i przypatrywała mi się bardzo uważnie. Nie odezwała się, bo chociaż otworzyła usta, nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
              - Co, jeśli to jest snem? Wszystko zaczęłoby do siebie pasować, gdyby to był tylko sen. Ten kompletny bezsens mógłby być zrozumiany i zaakceptowany. – Spojrzałem prosto na nią, kiedy poczułem przebiegającą po moich plecach falę strachu. – Tylko dlaczego cały czas nie mogę się obudzić? Muszę coś zrobić, muszę się obudzić. Nie wytrzymam dłużej. – Ciemność pojawiająca się w moim umyśle wraz z nadejściem nocy, nie zniknęła po wschodzie słońca. Czaiła się w środku mnie i właśnie przejmowała nade mną kontrolę. Musiałem przed nią uciec, musiałem doprowadzić do przebudzenia. Wstałem na równe nogi, trącając przy tym kubek z kawą, która rozlała się, parząc mnie tym razem także od zewnątrz. Syknąłem cicho. Ból przyniósł nagłe otrzeźwienie, które zostało tylko spotęgowane pełnym przerażenia spojrzeniem, jakie padło z jej strony. Nie chciała, żeby tak wyszło i widziałem, jak bardzo starała się zachować jak najbardziej naturalny wyraz twarzy, ale nie potrafiła. Tego dnia za bardzo ją wystraszyłem.
              Wszystkiemu była winna ta pełna tajemniczości ciemność, którą nazwałem ciemnością, bo sprawiała, że przestawałem widzieć. Nie traciłem wzroku, ale przestawałem widzieć i nigdy jeszcze nie doświadczyłem czegoś tak strasznego.
              Szybkie pożegnanie w tamtym momencie wystarczyło, i ona, i ja potrzebowaliśmy odetchnąć. Ona – ode mnie, a ja od ciemności. Łudziłem się, że opuszczenie domu, wzięcie kilku głębokich wdechów na świeżym powietrzu i odpalenie auta, by po chwili jechać spokojną szosą w stronę miejsca pracy mi pomoże, ale tak nie było. Ukojenie miał przynieść widok szarego nieba, mijanych przy drodze drzew i schowanych za nimi pól, ale tak nie było. Wszędzie widziałem ową tajemniczą ciemność, dzień był jej niestraszny. W każdym świetle zawsze czaiła się ciemność.
              Nie myślałem wiele o swojej pracy, a może powinienem zacząć to robić. Gdybym skupił się na tym, jakie zadania czekały mnie tamtego dnia, może udałoby mi się uciec od czarnych myśli, które kłębiły się gdzieś w tle mojej świadomości.
              Kompletnie zaskoczył mnie tłum ludzi zaraz po tym, jak pola i drzewa nagle zostały zastąpione przez asfalt i beton, kiedy wjechałem do centrum miasta. Przywołałem się do porządku i staranie wytłumaczyłem sobie, dlaczego tak było. Skoro ja jechałem do pracy, inni też musieli to robić. Byliśmy w mieście, a w mieście spotyka się ludzi nawet wtedy, kiedy się nie ma na to ochoty. Działo się ze mną coraz gorzej, bo sam do siebie mówiłem jak do idioty.
              To właśnie jednego z tych zwykłych, szarych dni, kiedy automatycznie podążałem za dziesiątkami innych kierowców przecinającymi się ulicami, by dotrzeć do miejsca, które wcale mnie nie interesowało, a w którym musiałem stawiać się pięć razy w tygodniu, po raz pierwszy w mojej głowie pojawiła się ta myśl. Jedna myśl, której źródła nie potrafiłem nazwać, więc przypisałem ją samemu sobie. To właśnie jednego z tych zwykłych, szarych dni zacząłem myśleć inaczej.
              Może ciemność była zbyt wielka, może jej wielkość była na tyle ogromna, że nie mogłem pokonać jej najzwyczajniej w świecie skupiając się na czymś innym. Może ta ciemność pojawiła się właśnie w tamtym momencie, by przerwać rutynę mojego życia, póki jeszcze było to możliwe i bardzo niezauważalnym ruchem pokazać mi, że mogłem żyć inaczej. Zasiała we mnie wątpliwości. Wątpliwości były bardzo mądrym rozwiązaniem wcielanym przez ciemność w moje życie. Przestałem wierzyć w to, że mogę jeszcze żyć szczęśliwie, zacząłem wątpić w samego siebie.
              Ostro zahamowałem, kiedy nagle zapaliło się czerwone światło.
              To czerwone światło też dało mi do myślenia. Przestawałem myśleć o ciemności w ten sam sposób, w który myślałem o niej wcześniej tak, jak było to z zegarem. Nadal jednak nie wiedziałem, czy została ona na mnie sprowadzona po to, żeby mi pomóc, czy po to, żeby mnie zniszczyć.
               Ten zwykły, szary poranek był także momentem pojawienia się w mojej głowie jeszcze jednej myśli, która również sprawiła, że zacząłem na świat patrzeć inaczej. Ruszyłem, by spokojnie opuścić skrzyżowanie i, jak zawsze w tamtym miejscu, skręciłem w prawo. Co stałoby się, gdybym tego nie zrobił?
                Byłem dorosły. Nikt mnie nie nadzorował, nikt w tym konkretnym momencie mnie nie pilnował. Siedziałem w samochodzie sam. Tylko ja i moje myśli. To ja trzymałem kierownicę i to ja naciskałem odpowiednie pedały, to ja kontrolowałem pojazd i to ja powinienem kontrolować swoje życie. Co by było, gdybym w tamtym jednym miejscu skręcił w lewo i po prostu odjechał? Przecież mógłbym zacząć nowe życie. Każdy z ludzi mijanych przeze mnie tamtego dnia mógł zrobić to samo. Wszyscy mogliby nagle zdecydować o zmianie swojego życia, ale nikt tego nie robił. Zastanawiało mnie, czy chociaż jeden z nich kiedykolwiek wpadł na taki pomysł. Całkowicie się odizolować, znaleźć sobie nowe miejsce i spróbować od nowa, a jeśli tam by się nie udało, to zawsze były inne miejsca, tysiące tysięcy innych miejsc, w których można było próbować od nowa.
                Świat stawiał przed każdym człowiekiem tak wiele możliwości, a ten trzymał się kurczowo szarości, do której tak bardzo się przyzwyczaił i ani myślał, by ją puścić. Wydawało mi się, że każdy ignorował cichuteńki głosik w głowie, który podpowiadał, przypominając o tym, że zawsze można spróbować czegoś nowego, ale chyba się myliłem. Zaczynałem utwierdzać się w przekonaniu, że ludzie nie ignorowali żadnego głosiku, bo już dawno przestali go w ogóle słyszeć. Żyli swoim życiem, a każdą nagłą zmianę w nie wprowadzaną nazywali czymś złym i nieodpowiednim.
                O tyle łatwiej było nazwać coś złym i nieodpowiednim i poddać się szarości, niż posłuchać bardziej wyrazistej czerni ciemności, włożyć trochę wysiłku i coś zmienić.
                Ludzie twierdzili, że skoro coś było, to tak po prostu być musiało. Przestali dopuszczać do siebie myśl o tym, że byli w stanie to zmienić, bo tak było wygodniej. Nonkonformizm wyszedł z mody, bo żyliśmy w czasach, w których wygoda i prostota stawała się najważniejsza. Nie chciano myśleć o zmianach, które miały być niewygodne, nawet kiedy  były takie tylko na początku. Ludzie przestali troszczyć się o siebie jako o jednostkę, masowo podążali rutynowym szlakiem kiedyś przez kogoś wyznaczonym i nie zastanawiali się nad głębszym sensem niczego, co po drodze mijali.
                Gdyby choć kilku odwróciło na chwilę wzrok od miejsca, w którym utkwione były spojrzenia milionów, gdyby chociaż kilku zeszło z głównego nurtu, gdyby choć kilku spróbowało, może pociągnęliby za sobą resztę. Może znowu cenionoby indywidualizm, może jednostka znów mogłaby zaistnieć nie tylko dla wszystkich, ale też dla siebie, nie w znaczeniu egoistycznym, ale zmieniającym spojrzenie innych na świat. Miałoby być zmianą siebie po to, żeby pokazać zmiany innym. Żeby zmienili się wszyscy, ale żeby każdy zrobił to indywidualnie. W pierwszej kolejności dla zmiany swojego życia, na dłuższą metę także dla innych.
                Ten zwykły, szary poranek był innym szarym porankiem niż wszystkie poprzednie, bo po raz pierwszy w mojej głowie pojawiły się wszystkie te rozważania i te rozważania dały początek innym, które z kolei pociągnęły mnie w stronę, w którą nigdy nie zamierzałem pójść.



_____________
Tak to się kończy, kiedy w połowie pisania opowiadania najdzie mnie na przemyślenia o życiu.
Prawdę mówiąc, tak miało zaczynać się coś dłuższego, co w przyszłości mogłoby pójść do wydania, ale nie za bardzo jestem przekonana jak to rozwinąć w coś aż tak obszernego, więc na razie wychodzi na to, że jest to część trzecia po pierwszej i drugiej. Może kiedyś coś z tego wyjdzie, albo też może kiedyś wpadnę na lepszy pomysł. Póki co jest jak jest. 
A jak jest?

2 komentarze:

  1. uwielbiam to opowiadanie. proszę, napisz książkę. przeczytam ją w jedną noc.

    OdpowiedzUsuń
  2. znalazłam Twojego bloga dziś w nocy, przeczytałam to jednym tchem. pisz dalej. szczególnie to jedno opowiadanie powinnaś ciągnąć dalej, właśnie to.

    OdpowiedzUsuń