Dłoń w dłoń, twarz przy twarzy,
palące słońce, a pod nami kłujące źdźbła wyschniętej trawy.
Oddech.
Słyszę oddech.
Ciepło.
Czuję ciepło.
Otwieram
oczy. Otwieram oczy i widzę.
Uśmiecha się
i nie mogę myśleć o niczym innym. Cała jego twarz przez ten krótki moment
promienieje, widzę delikatnie zmarszczoną skórę wokół jego brązowych oczu. Jego
brązowe oczy także się do mnie uśmiechają, a ja całą sobą pragnę być przyczyną
tego uśmiechu.
Po chwili
jednak uśmiech powoli przygasa, jakby był zaledwie pojedynczym promieniem
słońca, któremu udało się przedrzeć przez ciężką zasłonę ciemnych chmur. Znika
całkiem, jakby go nigdy nie było. W jego oczach widzę głęboką ciemność nieba
tuż przed wielką nawałnicą. Ciemność jego oczu szepcze do mnie, bym rozpaliła w
niej ogień. Boję się. Boję się coraz bardziej, bo albo przegnam tę ciemność na
zawsze, albo uda mi się przyćmić ją tylko na chwilę. Nie wiem, czy którekolwiek
z rozwiązań wpłynęłoby na niego dobrze i od kiedy to ciemność sama chce być
rozpalana, zaczynam wątpić w swoje dobre intencje.
Próbuję coś
powiedzieć. Staram się ze wszystkich sił, ale dławię się słowami, które chcę
wypowiedzieć. Przełykam je więc, nie daję rady pokonać ciszy.
Wiem, że na
mnie patrzy. Wiem, że czeka aż znów uniosę wzrok i w końcu to robię. Czasem
ciemność jego oczu dominuje w nich na tyle, że boję się zrobić cokolwiek, by go
nie złamać. Czasem jednak przychodzą dni niespodziewanie piękne, kiedy brąz
jego oczu płonie, a ja robię wszystko, by ten ogień podtrzymać.
Nie jestem
pewna, który z tych dni akurat mamy.
Mogę tylko
mieć nadzieję, że niedługo okaże się, że właśnie jeden z tych lepszych. Dlatego
jego uśmiech, każdy jego uśmiech, tak bardzo mnie cieszy. Dlatego też każdy
uśmiech, który znika, tak bardzo mnie niepokoi. Dlatego tak bardzo pragnę być
przyczyną jego uśmiechu. Dlatego tak bardzo boję się ciemności.
Wszystko
wydaje się łatwe, kiedy jest bez sensu. Przezwyciężenie strachu przed
ciemnością i walka z nią staje się nagle łatwa, kiedy myślę, że owa ciemność
jest abstrakcją, która nie ma sensu, tym samym nie mając prawa do istnienia.
Jeśli nie może istnieć, nie może też być niepokonana. Zyskuję wtedy siłę do
walki i staram się pomóc mu w zmaganiach z nią. Próbuję być źródłem jego światła,
próbuję być tą jedną małą iskierką, która może sprawić, że wszystko wokół staje
w płomieniach.
Kocham go.
Kocham go, ale miłość to za mało. Miłość nie zwycięża wszystkiego, w tym
przypadku także nie wystarcza. Nie wystarcza, ale pomaga.
Łatwo jest
kochać kogoś szczęśliwego. Dużo ciężej jest kochać ciemność.
Miłość nie
jest uczuciem. Uczucia zbyt szybko się zmieniają. Miłość jest stałą. Miłość
jest tym, co zapiera dech w piersiach – z radości lub z żalu.
Kocham jego
całego, chociaż nie jest całością. Jest w kawałkach. Kocham każdy jego złamany
kawałek tak bardzo, mając nadzieję, że tym sposobem złożę go w całość. Mam
nadzieję, że zdążę przed ciemnością, zanim ta po cichu zabierze kilka z tych
kawałków, uniemożliwiając mu powrót do jedności.
Czuję nagłe
ukłucie w sercu, kiedy zdaję sobie sprawę z rosnących we mnie wątpliwości.
Może jasność
nie jest mu już pisana, może nie jego są płomienie. Może jego jest ciemność.
Może źle robię walcząc z nią.
Zapach trawy
w coraz bardziej intensywnych promieniach słońca dociera do moich nozdrzy.
Wyrywa mnie z zamyślenia. Zmusza do ponownego spojrzenia w jego stronę. W
stronę jego oczu i czającej się w nich ciemności.
Zaczynam
zauważać piękno ciemności. Nieskończenie czarne jest niebo nocą, ale przecież
ten mrok pozwala zobaczyć gwiazdy. Sztuczne światło na Ziemi zabiera widoki na
Drogę Mleczną tak jak sztuczna radość zabiera mi widok na te prawdziwe iskierki
w mroku jego oczu. Jego szczere szczęście jest
najpiękniejszym widokiem, jaki mogę sobie wymarzyć. Kiedy próbuję sprawić, by
zabłysły te sztuczne światełka w jego oczach, tak naprawdę przyczyniam się do
przyćmienia tych prawdziwych.
Zaczynam się
gubić.
Ciemność
sprowadza i na mnie plątaninę myśli, nawet nie jestem pewna, czy są do końca
moje. Nie mogę się jej poddać, przecież muszę być silna. Muszę pozostać silna
dla niego.
Miłość
polega na inspirowaniu siebie nawzajem. Nie chodzi tylko o inspirację, jakiej
doświadczają artyści w procesie twórczym, choć miłość przez wieki była jej
wielką częścią. Miłość inspiruje zwłaszcza do małych rzeczy. Miłość inspiruje
do życia.
Nie mogę się
poddać, muszę pozostać przy nim, bo moim zadaniem jest nieustannie inspirować
go do pozostania przy życiu. Do walki z ciemnością, która teraz zdaje się mieć
nad nim przewagę. Nie pozwalam na to, buntuję się. Cała drżę. Drżą też moje
dłonie gdy wyciągam je przed siebie, by bardzo ostrożnym ruchem dotknąć skóry
jego twarzy. Obchodzę się z nim jak z najdroższym dziełem sztuki, bo tym właśnie
dla mnie jest. Najdroższym dziełem sztuki tak bardzo kruchym, tak bardzo
ulotnym, tak bardzo narażonym na całkowitą destrukcję.
Jego
destrukcja oznacza także moją destrukcję, ale to nie dlatego tak bardzo o niego
walczę. Przecież nie chodzi o mnie. W miłości przecież nie ma ja. Jesteśmy my. Żebyśmy byli, musimy
być oboje, bo kiedy nie ma jednego, nie ma nas w ogóle.
Żadne z nas
nic nie mówi, ale nie panuje cisza. Wśród melodii otoczenia
trwa nieustanna rozmowa, bo ludzie, którzy się rozumieją, nie potrzebują
żadnych słów.
Wcześniejsza
ciemność jego oczu przypominająca niebo przed burzą zapowiadała szkwał, który
teraz ma miejsce. Nie na darmo to oczy są nazywane zwierciadłami dusz, widzę w
nich dokładnie każdą wątpliwość zasiewaną przed ciemność i każdą jego próbę
walki. Brąz jego tęczówek jest wzburzony. Wydaje mi się, że tworzy fale, ale porusza
się zadziwiająco powoli. Sztorm jego oczu jest wbrew wszystkiemu niezwykle
spokojny, uśpiony, jednak coś nadal każe mi nazywać go sztormem. Może to ta ciemność,
niepokojąca, przerażająca czerń chowająca się za brązem sprawia, że każdy pogodny
dzień staje się przygnębiającym.
Mimo
ciemności, zawsze zachowuję w sobie iskierkę optymizmu, pojedynczą iskrę
nadziei, która za każdym razem rozpala się wraz z nim. I płonie, dając mi
ciepło, które rozgrzewa serce, a którym dzielę się później z nim, próbując mu
pomóc.
Dzielę się
swoim ciepłem obejmując jego pobladłą twarz swoimi drżącymi dłońmi. Jego
kłujący zarost jest jedynym bodźcem oprócz brązu jego oczu, który przypomina mi
o tym, że żyję. Cały świat przestaje istnieć, ale w inny sposób niż wtedy,
kiedy mamy dzień relatywnie spokojny. Teraz tak bardzo skupiam się na jego
cierpieniu, że kompletnie zapominam o tym, co go uszczęśliwia.
Delikatnie
wodzę kciukami po jego policzkach, tworząc niewidzialne kręgi przecinające jego uwydatnione kości jarzmowe. Mija moje uczucie odrętwienia i mam wrażenie, że i w jego
przypadku tak się dzieje. Twarda ziemia robi się niewygodna, trawa ponownie
kłuje, a jego wzrok przestaje być tak nieobecny i skupia się na mnie.
Patrzę w
jego oczy i nagle widzę blade iskierki radości.
Wrócił?
_________________________
Chciałam napisać coś bardzo lirycznego, wręcz trochę onirycznego.
Ostatnio doszłam do wniosku, że rzeczy, które piszę, coraz mniej przypominają opowiadania.
Jak zawsze, oczy. Oczy są bardzo niezwykłe i za każdym razem można napisać o nich coś nowego. To chyba stało się moją misją i już nigdy nie napiszę czegoś bez wzmianki o oczach. Zwłaszcza tych jednych, szczególnych, z pozdrowieniami dla mojej tajnej inspiracji.
Wyszło przez okno?
już ci to mówiłam, ale to jest bardzo piękne.
OdpowiedzUsuńjakie to ładne!
OdpowiedzUsuń