wtorek, 23 czerwca 2015

Źródło światła




            Dłoń w dłoń, twarz przy twarzy, palące słońce, a pod nami kłujące źdźbła wyschniętej trawy.
            Oddech. Słyszę oddech.
            Ciepło. Czuję ciepło.
            Otwieram oczy. Otwieram oczy i widzę.
            Uśmiecha się i nie mogę myśleć o niczym innym. Cała jego twarz przez ten krótki moment promienieje, widzę delikatnie zmarszczoną skórę wokół jego brązowych oczu. Jego brązowe oczy także się do mnie uśmiechają, a ja całą sobą pragnę być przyczyną tego uśmiechu.
            Po chwili jednak uśmiech powoli przygasa, jakby był zaledwie pojedynczym promieniem słońca, któremu udało się przedrzeć przez ciężką zasłonę ciemnych chmur. Znika całkiem, jakby go nigdy nie było. W jego oczach widzę głęboką ciemność nieba tuż przed wielką nawałnicą. Ciemność jego oczu szepcze do mnie, bym rozpaliła w niej ogień. Boję się. Boję się coraz bardziej, bo albo przegnam tę ciemność na zawsze, albo uda mi się przyćmić ją tylko na chwilę. Nie wiem, czy którekolwiek z rozwiązań wpłynęłoby na niego dobrze i od kiedy to ciemność sama chce być rozpalana, zaczynam wątpić w swoje dobre intencje.
            Próbuję coś powiedzieć. Staram się ze wszystkich sił, ale dławię się słowami, które chcę wypowiedzieć. Przełykam je więc, nie daję rady pokonać ciszy.
            Wiem, że na mnie patrzy. Wiem, że czeka aż znów uniosę wzrok i w końcu to robię. Czasem ciemność jego oczu dominuje w nich na tyle, że boję się zrobić cokolwiek, by go nie złamać. Czasem jednak przychodzą dni niespodziewanie piękne, kiedy brąz jego oczu płonie, a ja robię wszystko, by ten ogień podtrzymać.
            Nie jestem pewna, który z tych dni akurat mamy.
            Mogę tylko mieć nadzieję, że niedługo okaże się, że właśnie jeden z tych lepszych. Dlatego jego uśmiech, każdy jego uśmiech, tak bardzo mnie cieszy. Dlatego też każdy uśmiech, który znika, tak bardzo mnie niepokoi. Dlatego tak bardzo pragnę być przyczyną jego uśmiechu. Dlatego tak bardzo boję się ciemności.
            Wszystko wydaje się łatwe, kiedy jest bez sensu. Przezwyciężenie strachu przed ciemnością i walka z nią staje się nagle łatwa, kiedy myślę, że owa ciemność jest abstrakcją, która nie ma sensu, tym samym nie mając prawa do istnienia. Jeśli nie może istnieć, nie może też być niepokonana. Zyskuję wtedy siłę do walki i staram się pomóc mu w zmaganiach z nią. Próbuję być źródłem jego światła, próbuję być tą jedną małą iskierką, która może sprawić, że wszystko wokół staje w płomieniach.
            Kocham go. Kocham go, ale miłość to za mało. Miłość nie zwycięża wszystkiego, w tym przypadku także nie wystarcza. Nie wystarcza, ale pomaga.
            Łatwo jest kochać kogoś szczęśliwego. Dużo ciężej jest kochać ciemność.
            Miłość nie jest uczuciem. Uczucia zbyt szybko się zmieniają. Miłość jest stałą. Miłość jest tym, co zapiera dech w piersiach – z radości lub z żalu.
            Kocham jego całego, chociaż nie jest całością. Jest w kawałkach. Kocham każdy jego złamany kawałek tak bardzo, mając nadzieję, że tym sposobem złożę go w całość. Mam nadzieję, że zdążę przed ciemnością, zanim ta po cichu zabierze kilka z tych kawałków, uniemożliwiając mu powrót do jedności.
            Czuję nagłe ukłucie w sercu, kiedy zdaję sobie sprawę z rosnących we mnie wątpliwości.
            Może jasność nie jest mu już pisana, może nie jego są płomienie. Może jego jest ciemność. Może źle robię walcząc z nią.
            Zapach trawy w coraz bardziej intensywnych promieniach słońca dociera do moich nozdrzy. Wyrywa mnie z zamyślenia. Zmusza do ponownego spojrzenia w jego stronę. W stronę jego oczu i czającej się w nich ciemności.
            Zaczynam zauważać piękno ciemności. Nieskończenie czarne jest niebo nocą, ale przecież ten mrok pozwala zobaczyć gwiazdy. Sztuczne światło na Ziemi zabiera widoki na Drogę Mleczną tak jak sztuczna radość zabiera mi widok na te prawdziwe iskierki w mroku jego oczu. Jego szczere szczęście jest najpiękniejszym widokiem, jaki mogę sobie wymarzyć. Kiedy próbuję sprawić, by zabłysły te sztuczne światełka w jego oczach, tak naprawdę przyczyniam się do przyćmienia tych prawdziwych.
            Zaczynam się gubić.
            Ciemność sprowadza i na mnie plątaninę myśli, nawet nie jestem pewna, czy są do końca moje. Nie mogę się jej poddać, przecież muszę być silna. Muszę pozostać silna dla niego.
            Miłość polega na inspirowaniu siebie nawzajem. Nie chodzi tylko o inspirację, jakiej doświadczają artyści w procesie twórczym, choć miłość przez wieki była jej wielką częścią. Miłość inspiruje zwłaszcza do małych rzeczy. Miłość inspiruje do życia.
            Nie mogę się poddać, muszę pozostać przy nim, bo moim zadaniem jest nieustannie inspirować go do pozostania przy życiu. Do walki z ciemnością, która teraz zdaje się mieć nad nim przewagę. Nie pozwalam na to, buntuję się. Cała drżę. Drżą też moje dłonie gdy wyciągam je przed siebie, by bardzo ostrożnym ruchem dotknąć skóry jego twarzy. Obchodzę się z nim jak z najdroższym dziełem sztuki, bo tym właśnie dla mnie jest. Najdroższym dziełem sztuki tak bardzo kruchym, tak bardzo ulotnym, tak bardzo narażonym na całkowitą destrukcję.
            Jego destrukcja oznacza także moją destrukcję, ale to nie dlatego tak bardzo o niego walczę. Przecież nie chodzi o mnie. W miłości przecież nie ma ja. Jesteśmy my. Żebyśmy byli, musimy być oboje, bo kiedy nie ma jednego, nie ma nas w ogóle.
            Żadne z nas nic nie mówi, ale nie panuje cisza. Wśród melodii otoczenia trwa nieustanna rozmowa, bo ludzie, którzy się rozumieją, nie potrzebują żadnych słów.
            Wcześniejsza ciemność jego oczu przypominająca niebo przed burzą zapowiadała szkwał, który teraz ma miejsce. Nie na darmo to oczy są nazywane zwierciadłami dusz, widzę w nich dokładnie każdą wątpliwość zasiewaną przed ciemność i każdą jego próbę walki. Brąz jego tęczówek jest wzburzony. Wydaje mi się, że tworzy fale, ale porusza się zadziwiająco powoli. Sztorm jego oczu jest wbrew wszystkiemu niezwykle spokojny, uśpiony, jednak coś nadal każe mi nazywać go sztormem. Może to ta ciemność, niepokojąca, przerażająca czerń chowająca się za brązem sprawia, że każdy pogodny dzień staje się przygnębiającym.
            Mimo ciemności, zawsze zachowuję w sobie iskierkę optymizmu, pojedynczą iskrę nadziei, która za każdym razem rozpala się wraz z nim. I płonie, dając mi ciepło, które rozgrzewa serce, a którym dzielę się później z nim, próbując mu pomóc.
            Dzielę się swoim ciepłem obejmując jego pobladłą twarz swoimi drżącymi dłońmi. Jego kłujący zarost jest jedynym bodźcem oprócz brązu jego oczu, który przypomina mi o tym, że żyję. Cały świat przestaje istnieć, ale w inny sposób niż wtedy, kiedy mamy dzień relatywnie spokojny. Teraz tak bardzo skupiam się na jego cierpieniu, że kompletnie zapominam o tym, co go uszczęśliwia.
            Delikatnie wodzę kciukami po jego policzkach, tworząc niewidzialne kręgi przecinające jego uwydatnione kości jarzmowe. Mija moje uczucie odrętwienia i mam wrażenie, że i w jego przypadku tak się dzieje. Twarda ziemia robi się niewygodna, trawa ponownie kłuje, a jego wzrok przestaje być tak nieobecny i skupia się na mnie.
            Patrzę w jego oczy i nagle widzę blade iskierki radości.
            Wrócił?



_________________________

Chciałam napisać coś bardzo lirycznego, wręcz trochę onirycznego.
Ostatnio doszłam do wniosku, że rzeczy, które piszę, coraz mniej przypominają opowiadania.
Jak zawsze, oczy. Oczy są bardzo niezwykłe i za każdym razem można napisać o nich coś nowego. To chyba stało się moją misją i już nigdy nie napiszę czegoś bez wzmianki o oczach. Zwłaszcza tych jednych, szczególnych, z pozdrowieniami dla mojej tajnej inspiracji.
Wyszło przez okno?

2 komentarze: